Telewizja Jacka Kurskiego kilka tygodni temu podniosła alarm. „Jak można” mówiła oburzona prezenterka „mówić takie rzeczy” (Chodziło oto, że przywódcy opozycji porównali ostatnie działania PiS do wprowadzenia stanu wojennego w Polsce w 1981 r.). „Przecież stan wojenny to wojsko na ulicach, ZOMO, interna i morderstwa duchownych ..” Tak, rzeczywiście stan wojenny to było traumatyczne przeżycie. Ale prawdą jest też, że w wielu sprawach dzisiejsi rządzący zachowują się tak  jakby WRON-u brali przykład … Ale tutaj tego nie będę uzasadniał, nie zamierzam rozwijać tego wątku…

Polemika wokół tego czym był stan wojenny przekonała mnie, że stan wojenny w świadomości społeczeństwa, zwłaszcza młodego pokolenia uległ jakiejś dziwnej mitologizacji. I kiedy słucham wypowiedzi dzisiejszych studentów o stanie wojennym odnoszę wrażenie jakby mówili zupełnie o czymś innym, o innym kraju, o innej sytuacji. Nie pamiętam stanu wojennego jako czasu terroru, totalnego zniewolenia i strachu. Natomiast w mojej pamięci utkwiła ówczesna szczególna mentalna i społeczna atmosfera: przejmujące poczucie beznadziejności. Beznadziejność to ugrzęźnięcie w czasie teraźniejszym. Chwila gdy nie sposób wyobrazić sobie przyszłości, bo przeszłość nie istnieje (bolesna by do niej wracać, zbyt wiele utraconych planów i nadziei) a teraźniejszość jest zbyt zmienna i nieokreślona by móc się na niej myśleć o przyszłości. Poczucie beznadziejności, sytuacji bez wyjścia, spychało ludzi do odrzucania polityki, rezygnacji z życia publicznego i zamknięcia się w sobie oraz w gronie najbliższych. To było to, co później socjologowie nazwali „emigracją wewnętrzną”. Bo przecież emigracja zewnętrzna (zagraniczna) była trudna, dla zdecydowanej większości - niemożliwa.

Ale nie wszyscy i nie przez cały czas chowali się gronie najbliższych przyjaciół. Były też chwile protestu, sprzeciwu. Dlaczego ludzie przychodzili protestować, demonstrować? Myślę, że po to, by wyrwać się tego zaklętego kręgu beznadziei, żeby wykrzyczeć swoją niezgodę na rzeczywistość, a także po to by w gronie czujących i myślących tak samo: poczuć się wreszcie swobodnym i wolnym. I poczuć to co – jak sądzę – czyni totalitarne sekty atrakcyjnymi: prawdziwą serdeczność i braterstwo w obojętnym lub niechętnym ludzkim środowisku..

W tym tekście właśnie chciałem opowiedzieć o swoim udziale w protestach ulicznych przeciwko stanowi wojennemu i rządom WRON.  Nie to żebym był jakimś kombatantem. Myślę, że moje doświadczenia są typowe mniej więcej dla jednej czwartej, może jednej trzeciej (takie są moje czysto arbitralne szacunki) osób, które studiowały w czasie stanu wojennego. Bo w owym czasie byłem studentem UJ i mieszkałem w domu studenckim. Chciałbym tutaj opowiedzieć historię jednego dnia z ówczesnego mojego życia, wydarzenia z jednej demonstracji której byłem uczestnikiem.

To była wiosna i było ciepło. Kraków początku 80. lat niewiele przypominał dzisiejszą metropolię, z szumem pojazdów, jaskrawą reklamą i tłumami na ulicach. Wówczas niewiele się różnił się od innych polskich miast i miasteczek. To było szare miasto. A ulicami chodzili nieliczni, szarzy, ponurzy ludzie. Stan wojenny wciąż istniał, ale media powtarzały, że postępuje normalizacja i że lada chwila należy spodziewać się decyzji o jego zniesieniu. Kto miał być wyrzucony z pracy, został wyrzucony. Wszystkie zakłady normalnie pracowały. Solidarność została rozwiązana, a zastraszeni ludzie na samo słowo „Solidarność” przerywali rozmowę lub zmieniali temat. Wałęsa wciąż przebywał w odosobnieniu, ale większość internowanych działaczy już została zwolniona. Co prawda od czasu do czasu zdarzały się jakieś demonstrację, ale przyciągały coraz mniejszą liczbę uczestników.

Dla mnie cała historia zaczęła się od znalezienia kartki od Maćka, że nie będzie mógł ze mną wyjść z akademika na manifestację i proponował byśmy się spotkali przed Kościołem Mariackim.  Od pewnego czasu w akademiku i poza nim kolportowano ulotki z wezwaniem do zebrania się na rynku krakowskim by pokazać władzy, że chociaż formalnie rozwiązana, to jednak Solidarność wciąż istnieje w ludzkich sercach.

Dzisiaj często podkreśla się rolę jaką odegrał polski Kościół w procesie demokratyzacji. W perspektywie całego narodu – pewnie tak. Jednak wtedy nie byliśmy co do tego przekonani, bo to co regularnie słyszeliśmy z ust duchownych to „Kościół polityką się nie zajmuje” albo „zadaniem Kościoła nie jest prowadzenie polityki” itd. Itp. Tym niemniej wszystkie demonstracje antyrządowe zaczynały się od mszy w kościele. Dlaczego? Powód był prosty. W stanie wojennym wszelkie zgromadzenia były zakazane z jednym wyjątkiem: zgromadzeń religijnych. I dzięki temu możliwe było uformowanie się większej czy mniej grupy osób – bo innym przypadku esbecja i zomo rozbijały demonstrację zanim jeszcze ukształtował się większy tłum.

Maciek z którym wybierałem się na demonstrację, to był facet z którym w owym czasie kolegowałem. To było takie gombrowiczowskie chłopie rodem z Ferdydurki. W znaczeniu niewinności i naiwności.  W przekonaniu, że w polskiej polityce walczą ze sobą dobro i zło, kłamstwo i prawda. On jako jedyny z moim znajomych używał określenia „reżim przeciwko ludowi” jako opisu tego co wtedy się działo. On regularnie  -jak tylko przejeżdżaliśmy tramwajem obok policjantów albo zomowców – pokazywał im „zajączka”, czyli rozwarte dwa palce w znak „V”. (To Wałęsa po podpisaniu porozumień gdańskich pokazał zgromadzonym znak „V”, symbol zwycięstwa (Victory – symbol zwycięstwa w II wojnie światowej wprowadzony przez W. Churchilla). Różnie to było odbierane przez otoczenie – jako ekscentryzm lub zwykła głupota, ale wtedy mnie to imponowało. I dodam jeszcze żeby obraz Maćka był pełny: był najlepszym studentem na swoim roku.

Skoro Maciek nie może – pójdę sam, nie ma problemu. Ale na korytarzu spotkałem Janusza, mojego byłego współmieszkańca z poprzedniego roku. I się ucieszyłem. „Janusz” mówię „przyjechałeś z domu po to by wziąć udział w demonstracji?” On spojrzał na mnie z niechęcią „Proszę cię bardzo – nie wciągaj mnie do swojej głupiej polityki. Przyjechałem, bo są urodziny przyjaciółki mojej dziewczyny. Dzisiaj zamierzam się dobrze bawić i nikt i nic mi w tym nie przeszkodzi. A Wy, proszę bardzo, możecie sobie tam krzyczeć i maszerować. Każdy robi to co lubi”.

Tym sposobem Janusz odpadł jako ewentualny towarzysz na drodze do kościoła. Ale okazało się, że jest grupa która idzie w tym samym kierunku i w tym samym celu co ja.  I wśród niej były znajome mi osoby. To byli chłopaki z pokoju z wyższego piętra. Też interesujące oryginały.  Kiedy by do nich nie przyjść to albo impreza albo gra w pokera. Albo jedno i drugie. Prowadzili melinę – sprzedawali alkohol. Zazwyczaj. Bo zdarzało im się przepić cały zapas. A kiedy się uczyli? To dla mnie pozostało tajemnicą. Bo że się uczyli – to pewne, wszak zdawali egzaminy. Żeby być precyzyjnym: nie znam rezultatów ich egzaminów, ale wiem z całą pewnością, że je zdawali – sam kiedyś widziałem ich w krawatach i garniturach. A ponieważ był to wczesne rano, więc powodem tego zjawiska mógł być jedynie egzamin na uczelni.

I właśnie w ich pokoju kiedyś spotkałem esbeków. Grali w pokera. To że byli esbekami - to pewne. Przeciętny student, mieszkający w akademiku to był taki rozmemłany, nieogolony facet. A po tych chłopakach było widać, że dbają o siebie: wygoleni, wystrzyżeni i wysportowani,  mieli kasę i drogie ciuchy. Nic dziwnego, że za nimi chodziły studentki, nasze dziewczyny.  A oni nie mówili czym się zajmują, ale też zbytnio nie ukrywali swojego zajęcia. Ale tutaj byli niegroźni. Oczywiście, pewnych tematów w ich obecności nie poruszano. A oni w rewanżu też starali się nie zauważać leżącej bibuły ..

Dlaczego się tym zajmowali czym się zajmowali? Kasa to był, oczywiście, powód. Ale nie tylko. Każdy normalny człowiek, żeby zachować sobie dobre mniemanie, musi przekonać przede wszystkim siebie, że jest uczciwy. Nie wszyscy esbecy nie byli tylko wynajętymi zbójami,  większość wierzyła – albo przynajmniej starała się uwierzyć – w sens swojej pracy. Ze strzępków usłyszanych rozmów wynika, że postrzegali się jako żołnierze wojny jaką socjalistyczny obóz toczył z USA i jej sojusznikami. Dla nich Solidarność to była organizacja powołana przez amerykańskich agentów: Solidarność to „piętnastu amerykańskich spadochroniarzy” (dokładnie takie słowa "piętnastu amerykańskich spadochroniarzy" zapamiętałem) i „otumaniony przez kler tłum”… . Myślę, że ten spiskowy sposób patrzenia na rzeczywistość polityczną umożliwił im po 1989 r. bezbolesne zmianę pozycji i zaangażowanie się po prawej stronie dzisiejszej polityki. Dla przykładu spójrzmy na otoczenie A. Macierewicza..

Wyszliśmy z akademika, dojechaliśmy tramwajem do Plant i weszliśmy na ulicę prowadzącą prosto do rynku. A tu niespodzianka. Na chodniku stał zaparkowany autobus. Samochody to owszem, ale żeby na ulicy prowadzącej do rynku parkować autobus…. Ani wcześniej, ani później autobusów tutaj nigdy nie było. Autobus był zwykły, niebieski, jelcz. A w nim sami mężczyźni …. I stało się jasne kto i po co tutaj siedzi..

Podchodzimy do autobusu. Numery chyba kieleckie (zomowcy krakowscy operowali w innych regionach kraju, a do nas na „gościnne występy” przyjeżdżali chłopcy z Kielc albo z innych centralnych regionów kraju). Młode chłopaki ci zomowcy. Siedzą nieruchomo, nie rozmawiają i patrzą przed siebie. Już minęliśmy autobus, a ja jeszcze ostatni raz na niego spojrzałem, gdy nagle jeden z zomowców odwrócił głowę i spojrzał prosto na mnie. Przyglądał mi się przez chwilę - po czym znów odwrócił głowę. A mnie oblał zimny pot. Bo w jego wzroku zobaczyłem prawdziwą nienawiść. Tak sobie teraz myślę, że taki wzrok mógłby mieć facet, który przyszedł do pracy w przekonaniu, że uda mu się wcześniej zwolnić na jakąś imprezę ….  Ale widzi jak do jego firmy zmierza sznur klientów. I on patrzy na nich z nienawiścią, bo z każda następna osoba upewnia go, że nie tylko nie uda się wcześniej wyjść, ale prawdopodobniej nawet będzie musiał zostać po pracy ….. 

Dzisiaj kiedy wspominam wzrok zomowca, myślę: czyż nie jest to chichot historii? Że kiedy rządowe media opluwają Lecha Wałęsę, lidera i legendę Solidarności, to na czele związku zawodowego „Solidarność” stoi były zomowiec, Piotr Duda …

Przyznaję, Wałęsa nigdy nie był moim bohaterem. Sceptycznie odnosiłem się do tego, że w 1980-1981 r. traktowano go jak króla, a on wszystkie hołdy przyjmował z taką miną jakby rzeczywiście był jakimś boskim pomazańcem. A i późniejsze jego decyzje były - delikatnie mówiąc - kontrowersyjne. Ale w stanie wojennym zachował się wspaniale. A nie wszystkich bohaterów Solidarności było na to stać. Był taki działacz Wiejskiej Solidarności  - Jan Kułaj. Mówiono o nim „chłopski Wałęsa”. Wielkie chłopisko. I mocny głos – niczym u Pawła Kukiza. Kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego pokazano w reżimowej telewizji. I już w niczym nie przypominał dawnego kozaka. Dziwnie się skurczył. I jakby stracił głos, mówił cichutko, prawie szeptem wyznał swoje błędy i grzechy ……  

A Wałęsa się nie dał. Nie poszedł na współpracę. Nie zaakceptował propozycji objęcia przywództwa nowych związków zawodowych. Pozostał symbolem dawnej Solidarności i oporu wobec komunistycznej władzy. Był dla nas wszystkich oparciem i odniesieniem. Znacznie bardziej niż w czasach legalnej Solidarności…

I myślę sobie tak. Skoro SB miała na Wałęsę „kwity” to dlaczego ich wówczas nie użyła? Przecież można było zniszczyć Wałęsę, jego autorytet i mit niezłomnego robotniczego przywódcy, tak jak zniszczono Pawła Jasienicę. W 1968 Gomułka ujawnił, że Jasienica był zastępcą legendarnego przywódcy żołnierzy wyklętych Łupaszki i zasugerował, że uratował wolność i życie tylko dzięki temu, że poszedł na współpracę z SB. A wobec Wałęsy tylko sprokurowano film jego rozmowy z bratem o pieniądzach, tych już zarobionych i tych które jeszcze miał dostać. Pokazanie Wałęsy jako chciwca i oszusta to oczywiście był cios w wizerunek Wałęsy, ale nie porównanie mocniejszy wydźwięk by miało ujawnienie, że Lech Wałęsa „kablował” swoich kolegów z pracy. Więc dlaczego nie użyto tego środka?

Mój przyjaciel powiedział mi „kompromaty (to taki rusycyzm – zbitka dwóch słów: kompromitujące materiały) są jak broń nuklearna: nikt przy zdrowych zmysłach nie myśli o wojnie atomowej. Broń nuklearną się ma nie po to, by prowadzić wojnę, broń nuklearna służy do straszenia lub odstraszania innych”. To prawda, ale z drugiej strony wartość kompromatów szybko się zmienia. I coś co dzisiaj ma wartość złota, jutro może okazać się zwykłą makulaturą. Wtedy Wałęsa był bohaterem dla większości Polaków, ale jego perspektywy na przyszłość były bardzo marne. Wszystko wskazywało na to, że jego los będzie podobny do innych związkowych przywódców – np. Edmunda Bałuki – o których po kilku latach nikt nie pamiętał. Skoro o nim ludzie zapomną to i kwity na niego stracą wartość. A więc jeszcze raz: dlaczego nie użyli tych kompromitujących dokumentów, wtedy kiedy były ważne i cenne, do zniszczenia Wałęsy i Solidarności?

W końcu doszliśmy do Kościoła Mariackiego. Oni weszli do środka, a ja zacząłem się rozglądać za Maćkiem. Stoję i patrzę, a ludzi coraz więcej. I słychać sygnał, że zaczyna się nabożeństwo. Nie było sensu dalej czekać, ruszyłem  do kościoła. Ledwo się wepchałem do przedsionka – tak dużo było ludzi.

Msza jak msza. Trudno się w takim tłumie skupić na modlitwie. I muszę uczciwie przyznać, że się nawet nie starałem, przecież nie w tym celu tutaj przyszedłem. Cóż, mam nadzieję, że Dobry Bóg mi to wybaczy. Stałem i myślałem o spotkanym esbeku, co się stało z Maćkiem, co się dzisiaj zdarzy, itd. Itp. Nabożeństwo zmierzało do końca. W finale zaśpiewaliśmy „Boże, coś Polskę..” zmieniając refren z „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie” na „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie” .

Nota bene, mniej więcej dwa lata temu, TVN relacjonując kampanię prezydencką wtedy jeszcze kandydata na prezydenta, Andrzeja Dudy, pokazała go jak wraz ze swoimi zwolennikami śpiewa dokładnie tak jak my w stanie wojennym „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”. …

I wtedy przyszła mi do głowy taka refleksja: Karol Marks napisał, że historia wydarza się dwa razy: pierwszy jako tragedia, drugi raz jako komedia. I miał rację. Bo dla nas 1981 r. te słowa miały dramatyczne znacznie. Naprawdę wierzyliśmy, że tylko zwycięstwo Solidarności da nam wolność… A co myślał kandydat A. Duda, kiedy to śpiewał „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”? Czy naprawdę sądził, że tylko jego zwycięstwo w wyborach prezydenckich da wolność Polsce? Czy uważał – tak jak słuchacze toruńskiej radiostacji  – że Polską rządzi rosyjski mianowaniec, niejaki „Komoruski”, wspierany przez „polskojęzyczne media” i tylko on może go usunąć i wyzwolić Polskę z rosyjskiej okupacji? Komedia…  Komedia … I komedianci …

Na zakończenie nabożeństwa, jeszcze przed błogosławieństwem, wystąpił ksiądz – chyba proboszcz parafii – z gorącym apelem. Mówił coś o cierpieniach naszej ojczyzny ..  Wzywał by nie dodawać jej dodatkowego bólu, tylko nie oglądając się na nic, nie dając się sprowokować ciemnym siłom, tylko od razu po wyjściu z kościoła udać się szybkim krokiem do swojego domu…

Wyszliśmy z kościoła i część osób, głównie starszych kobiet, zgodnie z radą księdza proboszcza szybko ruszyła do swojego domu. Reszta została. I ja też. Oczywiście, nie zamierzałem się dać sprowokować, ale też nie chciałem zrezygnować z zobaczenia całego przedstawienia. No i pamiętałem o tym, że gdzieś na mnie czeka Maciek. Na razie zacząłem się za nim rozglądać w tłumie. Widzę, że niektórzy przyszli przygotowani. Pojawiły się flagi i chorągiewki. Trochę dalej utworzyła  się jakaś większa grupka. Podszedłem bliżej i widzę, że w środki stoi mój kolega z akademika, Paweł. Rozdaje lub sprzedaje ostatni krzyk opozycyjnej mody: oporniki. Opornik to taki drucik ze zgrubieniem jakiejś materii po środku, a jego zadaniem jest ograniczanie prądu przezeń płynącego. Ale ponieważ symbole Solidarności były zakazane – niespodziewanie opornik stał się symbolem oporu wobec reżimu Jaruzelskiego.

Widząc jak mężczyźni wpinali oporniki w klapy marynarek a kobiety w suknie i ja niespodziewanie poczułem nieodparte pragnienie zdobycia tego symbolu oporu. Ale kiedy już się do Pawła dopchałem nie zostało mu już nic. „Paweł” – mówię - „Nie znalazł byś jeszcze dwóch oporników: dla mnie i dla Maćka”. Wyciągnął jeden i zaczął wywracać kieszenie. „OK” - mówię - „Jeśli nie masz – to nie problem. Maciek będzie musiał sam sobie poradzić”. A Paweł - „To nie o to chodzi; mam kłopot, bo w tym zamieszaniu chyba zgubiłem portfel z dokumentami”. Ja - „Miejmy nadzieję, że to był tylko złodziej, bo jeśli tutaj zgubiłeś dowód i później znajdą to esbecy, to będą mieli mocny argument na Twój udział w tej patriotycznej imprezie”.  To miał być żart, ale zaraz go pożałowałem, bo widzę, że Paweł zbladł. „Wiesz” – mówi – Pójdę pod Sukiennice, poszukam, bo tam, pamiętam, jeszcze miałem portfel”.

Paweł poszedł a ja chodzę i się rozglądam za Maćkiem. Teraz zauważyłem, że uformował się mały krąg z jedną osobą w środku. Podchodzę do nich – facet coś mówi – ale nic nie słyszę. Przepycham się podchodzę jeszcze bliżej i wreszcie słyszę coś mogę usłyszeć. Ale w tym momencie inny zabrzmiał jeszcze inny dźwięk…. Megafon…. I męski chrapliwy głos z megafonu głosi: „wzywamy wszystkich do natychmiastowego się rozejścia” …  Porzucam faceta i razem z innymi ruszamy w kierunku tego głosu z megafonu. Słyszę jak płyną słowa  „Ustawa o Stanie wojennym …. Zakazuje wszelkich zgromadzeń ….  Wzywamy wszystkich do natychmiastowego się rozejścia”.. ..  Ludzie nagle się zatrzymują. Próbuje się przedostać do przodu, ale wciąż co widzę, to jedynie plecy ludzi stojących przede mną. Myślę: „nie ma sensu stać w tłumie. Jeśli chcę zobaczyć co się dzieje muszę coś zrobić”. Wychodzę  z tłumu i następnie biegiem go okrążam i zatrzymuję się aż przy kamienicach zamykających rynek. Tutaj zatrzymała się mała grupka ludzi i wszyscy patrzą w kierunku ulicy Grodzkiej. I ja też zwracam wzrok w tą stronę i już dobrze widzę to w co się oni wpatrują.  

Na wejściu do ulicy Grodzkiej stanął szereg niebieskich ludzików. Zamknął całą ulicę. A na przedzie jakiś wojskowy z megafonem i on powtarza po raz kolejny wezwanie do rozejścia. Ale tłum wcale nie zamierza ustąpić. A wręcz przeciwnie: ci którzy są w tyle, chcąc coś zobaczyć, następują na tych co są w przodzie i ma się wrażenie, że tłum nie tylko się nie rozchodzi, ale wręcz przeciwnie następuje, zbliża się do zomowców…  

Teraz powinien nastąpić element dźwiękowy: zomowcy powinni zacząć uderzać pałami w tarcze. Ten niesamowity głuchy dźwięk na wszystkich zawsze robił ogromne wrażenie. Ale tego wtedy nie było. Nie mieli tarcz. Dlaczego? Cóż, ich obiektem nie byli ani kibole ani górnicy, w pobliżu nie było kamieni, a przed nimi stali przeciętni ludzie: młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni – po cóż więc mieli się jeszcze obciążać się tarczami?

Wojskowy z megafonem się cofnął i stanął za szeregiem zomowców. Wszyscy w grupie zamilkli i zapartym tchem czekaliśmy co się dalej zdarzy….  Cisza się przeciągała…  Nagle z tłumu wyskoczyło trzech, może czterech harcowników. Młode chłopaki. Pewnie szkoła średnia. Podbiegali po zomowców, krzyczeli, wykonywali różne nieprzystojne gesty, wypinali w ich kierunku pośladki …..

I to chyba było sygnałem, bo nagle wszyscy stojący w szeregu zomowcy rzucili się z pałami na tłum. Ludzie rzucili się do ucieczki, ale zomowcy już dopadli ostatnich szeregów… I walą i tłuką. Po plecach, po pośladkach, po nogach. Widzę jak biegnie para. Chłopak z dziewczyną. Ona ubrała nie te buty co trzeba – u kobiet estetyka zawsze wygrywa z wygodą – i zomowiec już jest przy nich. Uderza raz, dziewczyna pada na kolana, chłopak pochyla się nad nią, a zomowiec pałą go po plecach raz i jeszcze raz. Chłopak wali się całym ciałem na swoją partnerkę, a zomowiec mija ich i biegnie dalej szukając nowych ofiar. Parze chyba nic poważnego im się nie stało, bo widzę jak się podnoszą, kulejąc, wzajemnie się podtrzymując, ruszają w przeciwną stronę…

 Patrzę na to wszystko zafascynowany i prawie zapomniałem gdzie jestem. Nagle poczułem dziwny chłód. Jeszcze chwilę temu obok mnie stała grupa osób, teraz już nie ma nikogo. I widzę, że jakiś zomowiec wyraźnie skręcił i biegnie w moim kierunku. Rozpaczliwie myślę: „Co robić? Co robić?” „Utrzymywać, że nic mnie nie łączy z demonstrującymi? Że przypadek, że tu się znalazłem?” „Nikt w takie bzdury mi nie uwierzy”. I zrobiłem to, co każdy inteligentny człowiek zrobiłby na moim miejscu: rzuciłem się do ucieczki. I muszę wyznać, że nigdy w życiu tak szybko nie biegłem… Po prostu same nogi mnie niosły. Dopędziłem uciekających i mogłem zwolnić, bo z tyłu nikt mnie już nie gonił.

Nagle pojawiła się panika w czole biegnącego tłumu. Nie wiadomo skąd – z drugiej strony wyskoczyli zomowcy. Skręcamy w lewo, wbiegamy w uliczkę odchodzącą od rynku. Z tyłu zomowcy zaczynają rzucać granaty gazowe. I przede mną wybuchają puszki i szybko biała maź wypełnia ulicę…  Wdziera się do ust, nosa, napełnia płuca….  I już nie biegnę, tylko człapię…  Nie mogę oddychać. .. Nie wiele widzę…  Nagle wpadam na jakichś samochód.. Walę czołem o bruk. W głowie pulsują przerażone myśli „Gdzie ja jestem?” „Skąd na środku ulicy samochody?” Podnoszę się i po omacku idę dalej. I nagle przed sobą widzę metalowe drzwi. Naciskam klamkę. Zamknięte. .. Trzymając się muru idę dalej. Następne drzwi. Tym razem – jaka ulga – otwarte…

Wchodzę. Śmierdzi, ale mogę wreszcie odetchnąć. Po schodach ruszam w górę. Pierwsze, drugie i następne piętra, w końcu strych. Wchodzę i widzę grupę ludzi. Tuż przy drzwiach, na podłodze siedzą dwie zapłakane dziewczyny. Mijam je i idę dalej w kierunku grupy. Nagle słyszę znajomy głos. „Jerzy, tutaj”. To Maciek. „Cześć” mówię „O mały włos bym tutaj nie dotarł, bo ktoś złośliwie zablokował ulicę samochodami”. A Maciek: „To ja z kumplem. Chcieliśmy zablokować ulicę przed zomowcami, ale chyba to nie był dobry pomysł” Pomyślałem „Co za idiotyzm: Maciek znowu bawi się w partyzantów (dzisiaj należałoby powiedzieć „żołnierzy wyklętych”, ale wtedy jeszcze panowała moda na partyzantów)”, a głośno powiedziałem „No to teraz wiem komu zawdzięczam to, że o mały włos nie wybiłem sobie zębów: Masz rację - z samochodami to zdecydowanie nie był dobry pomysł!”.

Posiedzieliśmy tam 2 lub 3 godziny. A potem ostrożnie, po dwie, trzy osoby, oni wrócili do swojego domu, a my pojechaliśmy tramwajem do akademika. Mimo wszystko ten dzień, dla nas, skończył się dobrze. Lecz nie wszyscy z moich znajomych mogli to powiedzieć. Na przykład Janusz. Nie chciał iść na demonstrację, ale on na sobie najbardziej odczuł skutki tego incydentu w polsko-jaruzelskiej wojnie.

 Janusz poszedł nie na demonstrację, lecz na imprezę urodzinową. Ale po zabawie odprowadzali dziewczyny i komuś – na pewno nie Januszowi – wpadł do głowy pomysł, żeby skrócić sobie drogę i przejść przez rynek i przy okazji obejrzeć sobie miejsce boju, radio już zdążyło poinformować o zamieszkach. I to nie był dobry pomysł. Mocniej - to był bardzo zły pomysł. Bo kiedy tylko znaleźli się na rynku nagle z zaułków wyskoczyli zomowcy i zgodnie z starą zasadą rewolwerowców z Dzikiego Zachodu „najpierw strzelaj, a dopiero potem sprawdź personalia” na powitanie wszystkich raz poczęstowali pałą ( Janusz dostał dodatkowy cios, bo najgłośniej protestował)  i następnie zaczęli ciągnąć do „suki” (samochodu z zakratowanymi oknami) – sądząc, że są to uczestnicy demonstracji, którzy się gdzieś ukryli, a teraz myśląc, że już jest bezpiecznie – się ujawnili. Na szczęście, miejsce imprezy urodzinowej było stosunkowo blisko od rynku, tak że można było się wrócić i zbudzić (wściekłych) sąsiadów, którzy potwierdzili ich wersję wydarzeń.  

Natomiast Pawłowi się poszczęściło. Kiedy zaczęło się to ganianie zomowców on i jeszcze jakieś dziewczyny schowali się wśród straganów w Sukiennicach. I chyba było mu tam tak dobrze, że wyszedł dopiero tuż przed południem. A kiedy wrócił do akademika – to na portierni już czekał na niego portfel. Wprawdzie bez pieniędzy – cóż, z pieniędzmi szczęście byłoby zbyt wielkie – ale z wszystkimi dokumentami. Złodziej wziął sobie oprócz pieniędzy tylko bilety na tramwaj – widać nie był zmotoryzowany – ale resztę zwrócił.  Jak widać nawet złodzieje szanowali i doceniali demonstrantów. Chociaż Solidarność zakazano, to jednak ludzka solidarność w narodzie wciąż żyła. Dzisiaj można o tym tylko marzyć.