Odpowiedź na tytułowe pytanie (o co zostałem poproszony przez redaktora OtokoClub.pl) nie jest możliwa, bowiem próba jej udzielenia byłaby podobna do wróżenia z fusów. Faktem jest, że politykę historyczną prowadzą władze państwa, samorządowcy, kościoły i związki wyznaniowe, media, twórcy kultury i partie polityczne. Możemy obserwować jej przejawy i skutki, możemy ją oceniać z różnych punktów widzenia. Możemy także wyjaśniać, dlaczego jest taka, a nie inna. Jeżeli jednak chodzi o relacje polityka historyczna a przyszłość, możemy co najwyżej postulować jaka powinna być ze względu na różne uwarunkowania i konieczności. Temu aspektowi poświęcona będzie moja wypowiedź.

W polskich realiach polityka historyczna nastawiona jest raczej na spór i burzenie niż na porozumienie i konstruktywne działanie. Dzieli Polaków miedzy sobą i poróżnia z innymi społeczeństwami, nie służąc czemuś pozytywnemu. Polega bowiem na uwypuklaniu wpływu niektórych elementów historii na współczesne problemy polityczne oraz uwzględnianiu w bieżącej działalności i w budowaniu programów na przyszłość uwarunkowań historycznych, a także na kształtowaniu świadomości historycznej społeczeństwa celem zjednoczenia go wokół określonych programów politycznych. Takie mieszanie się polityki, zwłaszcza tej uprawianej przez różnorodne władze, do wiedzy historycznej i jej wykorzystywania jest działaniem dość ryzykownym dla społeczeństwa. Zwłaszcza wtedy, gdy zjawisko polityki historycznej utożsamiane jest w praktyce z propagandą. Nie sposób bowiem zaprzeczyć, że w takiej sytuacji polityka historyczna staje się próbą narzucenia określonego zestawu wartości, pod kątem których ocenia się i dokonuje eliminacji bądź aprobaty wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości. Polega na odgórnym tworzeniu wybiórczej pamięci, na dostosowywaniu wizji rzeczywistości historycznej do z góry założonej tezy. W skrajnych przypadkach polityka historyczna przybiera postać manipulacji historycznej, mitologizacji, zabiegów cenzorskich, a nawet wprost fałszowania historii dla potrzeb politycznych.

Najgroźniejsza dla społeczeństwa jest niewątpliwie polityka historyczna uprawiana w oświacie. Realizowana przez państwo w ramach edukacji historycznej (w szkole i mediach), przybiera postacią indoktrynacji i staje się narzędziem antywychowawczym oraz antykształcącym. Propaguje bowiem polonocentryczne i pozbawione obiektywizmu postrzeganie dziejów, czego jaskrawym przykładem może być bardzo negatywna ocena takich postaci jak Bismarck i Piotr Wielki, którzy przecież mieli obowiązek dbać o dobro swoich państw, a nie Polaków, czy Kościoła katolickiego. Kształtuje tzw. „moralność Kalego” - terytorialne podboje i nieprawości czynione przez własny kraj uznawane są za uzasadnione sytuacją, a agresje innych państw na Polskę przedstawia się jako zbrodnicze. W takiej optyce własny kraj zawsze był ofiarą obcych intryg, spisków i działań do których pasują słowa: podłe, haniebne, oszczercze. Eksponuje się różne polskie kompleksy i podtrzymuje sposób myślenia o historii z punktu widzenia ofiar. Promuje się decyzje skutkujące klęskami, np. powstania narodowe. Rodzi to postawy ksenofobiczne i nacjonalistyczne. Okazało się, że taka edukacja (nie tylko historyczna, lecz także szerzej – humanistyczna) zaowocowała wykształceniem kolejnych generacji młodych ludzi, którzy w dużej części nawet jeżeli nie wpadli we wtórny analfabetyzm, to przynajmniej nie posiadają przydatnych kompetencji. Spowodował to znany w dydaktyce mechanizm – połączenie podających metod kształcenia i bierności intelektualnej ucznia. Aby indoktrynować za pomocą edukacji historycznej należy bowiem starannie wyselekcjonować odpowiednie fakty, procesy, opisy, interpretacje i oceny. Następnie trzeba podać je uczniowi na lekcji w nauczycielskim wykładzie, a także w tekście podręcznika i wyegzekwować ich pamięciowe opanowanie. Tak prowadzone lekcje nie pozwalają na kształtowanie umiejętności, nie prowadzą do nabywania kompetencji, nie służą też zapamiętaniu wiedzy. Dobór treści prowadzony pod kątem potrzeb indoktrynacji nie uwzględnia naturalnych zainteresowań młodego człowieka. Stąd też lekcje historii nie wyrabiają u zdecydowanej większości młodych ludzi zainteresowań tego typu wiedzą i nie prowadzą do późniejszego sięgania po literaturę popularno-naukową i prasę zamieszczającą artykuły o tematyce historycznej. Przeciętny uczeń (który nie miał rozbudzonych zainteresować historycznych poza szkołą) po takich lekcjach historii wręcz nie znosi wiedzy historycznej, nie potrafi zrozumieć i zinterpretować zjawisk z życia współczesnego, nie odróżnia wiedzy naukowej od fikcji literackiej, przekazu informacyjnego od propagandy, a także nie ma wielu przydatnych w życiu i dalszym kształceniu kompetencji.