To był poniedziałek. Obudziłem się późno. Byłem studentem socjologii UJ, ale w tych czasach niewielu z nas myślało o studiach. Żyliśmy polityką. Strajki i spotkania z politykami. Całonocne gorące debaty polityczne.

I kwitła kultura: pojawiły się zakazane wcześniej filmy i teatry polityczne. I książki: mały, niewyraźny druk - ale najważniejsza była treść. Wstałem i ubrałem się. W akademiku w którym przebywałem (nielegalnie, w żargonie studenckim: waletowałem) – jak zwykle w godzinach przedpołudniowych – panowała cisza.

Włączyłem radio. Grała jakaś wojskowa muzyka. Niespodziewanie wszedł, a właściwie – wpadł z impetem- znajomy, gospodarz pokoju w którym spałem. Krzyknął „W Polsce stan wojenny. Wojsko wszędzie. Czołgi na ulicach. Będą opróżniać akademiki dla wojska. Ja się pakuję. Zaraz wyjeżdżam do domu. Ty powinieneś zrobić to samo”.

Zdumiony, oszołomiony, wstrząśnięty. Byłem jak bokser po nokaucie. Czułem, że powinienem coś zdecydować, ale moje myśli nie układały się w jakąś sensowną całość. Póki co włożyłem kurtkę i wyszedłem na korytarz. Wszędzie słyszałem urywane rozmowy i trwała gorączkowa bieganina. Widać nie tylko mój wspómieszkaniec szykował się do wyjazdu. Przechodząc przez portiernię słyszałem głos lektora odczytujacego komunikat o Stanie wojennym: są zakazane zgromadzenia i inne imprezy, ludzie powinni przebywać w miejscu swego zameldowania, że być może trzeba będzie zdać, na jakiś okres, wszystkie odbiorniki radiowe...

Wyszedłem na ulicę. Sypał drobny śnieg. Czołgów nie zauważyłem. W zasadzie wszystko było tak jak wczoraj. Może tylko trochę ciszej niż zwykle. Poszedłem w kierunku kiosku z gazetami. Przechodząc przez ulicę zobaczyłem dwóch żołnierzy. Stali, pali papierosy i przyglądali się przechodzącym. Mój pierwszy odruch to był, cofnąć się i uciec do akademika. Ale było już za późno. Zobaczyli mnie. Patrzyli w moją stronę. Z duszą na ramieniu ruszyłem w ich kierunku. Rozpaczliwie starałem się wymyśleć jakieś prawdopodobne wyjaśnienie tego, że nie mam w Krakowie zameldowania, że nie mam stałego i legalnego miejsca zamieszkania.

Ale nic się nie stało. Patrząc w drugą stronę przeszedłem obok nich bez słowa. Jeszcze parę kroków i już mogłem odetchnąć z ulgą.  Teraz już byłem przy kiosku z gazetami. Koślawy napis głosił „Gazety Krakowskiej nie ma i dzisiaj już nie będzie”. Była kolejka. Ludzie stali, patrzyli martwo przed siebie i milczeli. Za mną zaczął się przepychać jakiś mały człowiek z długim radioodbiornikiem pod pachą. Ktoś odwrócił się i ze złością powiedział: „Panie zdaj Pan tego kukuryźniaka na milicji a dopiero potem idź w ludzi…” Cała kolejka zatrząsła się od śmiechu.

I jakby te słowa miały magiczną moc … Wszystko w jednej chwili się zmieniło… Znikło napięcie … Ludzie zaczęli się uśmiechać do siebie i pojawił się normalny szum rozmów.