Sprawa „odwalutowania” ucichła, dużo mniej się o niej mówi. To prawda, w Sejmie są aż trzy projekty ustaw na ten temat, co stwarza jeszcze jakieś nadzieje. Jakieś. Jest to również zarysowany scenariusz Kancelarii Prezydenckiej, że banki mają już tylko 10 miesięcy na dobrowolne odwalutowanie: gdy tego nie zrobią, ma być uchwalona ustawa, która je do tego zmusi. Sądzę, że tego nie zrobią, bo Komisja Nadzoru Finansowego nie raz udowodniła, że sprawuje ów „nadzór” w interesie banków a nie kredytobiorców. Nastąpiły tam jednak zmiana personalne, które mają uzasadniać pewne nadzieje. Gdyby ktoś poważnie traktował ten plan, to jakieś działania pozaustawowe byłyby już podjęte. Na razie cisza.

Sądzę, że cały ten problem ma przede wszystkim sens polityczny, a jego konsekwencje sięgają daleko w przyszłość, bo frankowicze i ich rodziny (około 2 mln osób, w tym ponad milion aktywnych wyborców) jest dla przeciwników obecnej władzy  strategicznym elektoratem, który prawdopodobnie zadecyduje o wyniku nie tylko przyszłych wyborów parlamentarnych, ale również prezydenckich. Popełnione przez obecną większość polityczną błędy mogą mieć (i będą miały) rozstrzygające znaczenie. Zacznijmy najpierw od istoty popełnianych błędów. Jest ich kilka. Wymieńmy je w chronologicznej kolejności:

-        brak przedstawienia – mimo politycznego zobowiązania – projektu ustawy, który „odwalutowałby” te kredyty po kursie z dnia zaciągnięcia,

-        uznanie, że uległość wobec interesów banków zmieni ich negatywny stosunek do obecnej większości politycznej (nie zmieni),

-        poddanie się lobbingowi biznesu doradczo-audytorskiego, który wymyślił jakieś „straty” banków związane z wejściem w życie ustawy odwalutowującej te kredyty,

-        przyjęcie jako własnej wrogiej narracji (ustawa jakoby „zdestabilizuje system bankowy” – co to znaczy?) i ustawienie się w roli… obrońcy interesów banków (po co? to zaszkodzi każdemu politykowi),

-        brak monitoringu sporów sądowych na tle tych kredytów, które prowadzą do pozaustawowego „odwalutowania” w wariancie z istoty radykalnym (nie kompromisowym, jak proponowały to wszystkie dotychczasowe projekty ustaw): kredytobiorcy będą musieli zwrócić to, co pożyczyli z zastosowaniem oprocentowania przewidzianego w zawartych umowach (LIBOR).

Najistotniejsze jest to, że banki były w czasie obu kampanii wyborczych (prezydenckiej i parlamentarnej) jawnym przeciwnikiem Andrzeja Dudy i ówczesnej opozycji. We wszystkich mediach w 2015 r. wypowiadali się tzw. główni ekonomiści banków, którzy bezpardonowo krytykowali „księżycowe pomysły” swoich politycznych przeciwników. Czy robili to z własnej inicjatywy, bez wiedzy zarządów i właścicieli? Wolne żarty. Nie sądzę również, aby polityczna afiliacja tego sektora uległa zmianie: jest i pozostanie wrogiem tych, którzy chcą rządzić w interesie obywateli. Czy można ich udobruchać uległością? Nie sądzę. Strategia przeciwników politycznych obecnej władzy jest nadto czytelna – ma ona dwa etapy:

-          storpedowanie realizacji politycznych zobowiązań wobec obywateli, za co wyrażone będą oględne pochwały pod adresem rządzących („rozsądne zachowanie”: w ich języku – rozsądne jest to, co jest w interesie banków),

-          wypunktowanie w czasie kolejnej kampanii wyborczej listy niezrealizowanych zobowiązań, czyli jak „oszukiwano wyborców”.

Nie jest dla nikogo tajemnicą, że tak będzie wyglądać najbliższa kampania wyborcza i prezydencka. Można podejrzewać, że pomysł, aby to Trybunał Konstytucyjny odsunął od władzy obecnego prezydenta, mimo że jest już mało realny, był częścią tej strategii. Każdy kontrkandydat obecnej Głowy Państwa – a można domyślać się kto nim będzie – w pierwszej kolejności posłuży się casusem frankowiczów, będącym dowodem „niewiarygodności” reelekta.

Co prawda  przed nami jeszcze cztery lata: wiele może się zdarzyć. Oby – dobrze życząc frankowiczom, jak i obecnemu Prezydentowi. Wiadomo, że banki na pewno nie odwalutują dobrowolnie tych kredytów pod wpływem jakichś „instrumentów finansowych” zastosowanych przez KNF, zwłaszcza że za chwilę nadzór nad nimi przejdzie do NBP, który zawsze działał w ich interesie. Czyli, zgodnie z zapowiedzią, po połowie przyszłego roku powinna być uchwalona ustawa „odwalutowująca”. Czy pojawi się w Sejmie: oby, bo jej brak będzie skrzętnie wykorzystany przez politycznych przeciwników. Tak jak w 2015 roku frankowicze zdecydowali o wyniku wyborów, tak w kolejnej kampanii mogą być po raz kolejny języczkiem u wagi, tym razem na korzyść przeciwników. Nie chcę się bawić w złą wróżkę, ale prawdopodobnie tak będzie.

Na koniec dwie refleksje dotyczące rzetelności prowadzonej na ten temat debaty. Pierwsza dotyczy „strat” banków, które jakoby spowoduje ustawowe „odwalutowanie” tych kredytów. Prezes Związku Banków Polskich mówił o kwotach wynoszących kilkadziesiąt miliardów złotych. Miałem publicznie okazję w telewizji rozmawiać z nim na ten temat: chciałem więc się dowiedzieć, skąd się wzięła ta kwota. Okazuje się, że – zdaniem mojego rozmówcy – wynika ona z obowiązkowego odwalutowania wszystkich kredytów, czyli jest oszacowaniem skutków projektu ustawy, którego… nigdy nie było. Żaden projekt nie przewidywał odwalutowania wszystkich bez wyjątku kredytów w tym również już spłaconych.

Drugim jest rzetelność sprawozdań finansowych banków udzielających tych kredytów. Były prezes NBP niedawno stwierdził na jednej z konferencji, że banki w Polsce są najlepiej dokapitalizowane w Europie i wykazują się wyjątkowo wysoką zyskownością. Jak to jest możliwe, skoro istotna część ich klientów żądała już lub za chwilę zażąda zwrotu zarówno części spłaconych kredytów jak i odsetek od tych nadpłat, a wszystkie wierzytelności z tytułu tych kredytów są w sensie prawnym spore i niepewne? Przecież już dziś jest wysoce prawdopodobne, że większość sporów sądowych o spłatę tych kredytów zakończy się dla banków porażką. W każdej normalnej firmie (poza bankami w Polsce) fakty te miałyby oczywiste skutki bilansowe. Jaka jest wiarygodność tych, którzy sporządzają a następnie sprawdzają sprawozdania finansowe tych banków, jeżeli akceptują brak uwzględnienia tych faktów? Kreatywna księgowość w stylu Arthura Andersena? Ciekawe dlaczego politycy nie umieją tego dostrzec i prawidłowo ocenić.