Trzej orzekający sędziowie Trybunału: Julia Przyłębska, Piotr Pszczółkowski i Zbigniew Jędrzejewski postanowili zażądać od Prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego przestrzegania Konstytucji. W tym celu odstąpili od orzekania w sprawie konstytucyjności przepisów o wyborze Prezesa i Wiceprezesa TK. Trybunał uznał przepisy za zgodne z Konstytucją RP. Wiele osób świata prawniczego, m.in. były sędzia Adam Tomczyński, wyraziło nadzieję, że od tej chwili dostrzegalna będzie nadzieja na zakończenie kryzysu konstytucyjnego. Niestety, na zgodę pomiędzy zwolennikami Prezesa Andrzeja Rzeplińskiego, a obrońcami przepisów prawa nie ma co liczyć. Przyczyną jest treść wyroku, a ściślej rzecz ujmując - interpretacja jaką Trybunał bezprawnie przyjął jako wiążącą.

Od 1997 roku Trybunałowi Konstytucyjnemu nie przysługuje uprawnienie do ogłaszania powszechnie obowiązującej wykładni aktów prawnych. Ponadto, w zakresie kontroli konstytucyjności aktów prawa powszechnie obowiązującego, TK nie działa z urzędu, a jedynie na wniosek. Gdyby owe dwa uprawnienia jednak przysługiwały TK, mielibyśmy do czynienia z poważnym zagrożeniem demokracji poprzez paraliż władzy ustawodawczej. Trybunał ma zatem za zadanie usuwać niekonstytucyjne przepisy z polskiego systemu prawa, broniąc praw i wolności jednostki - tak osób fizycznych, jak i prawnych. Nie ma za zadanie przedstawiać wiążącej interpretacji prawa, szczególnie w sytuacji gdy uznaje dany przepis za zgodny z obowiązującą ustawą zasadniczą.

W komunikacie wydanym po wyroku TK czytamy:

"Trybunał Konstytucyjny uznał, że przedstawienie kandydatów, o którym mowa w art. 194 ust. 2 konstytucji, dokonywane przez organ kolegialny, ma formę uchwały, która dla swej ważności wymaga większości głosujących sędziów TK. Zdaniem Trybunału, konstytucyjny status sędziów Trybunału, a w szczególności ich równość w sprawowaniu urzędu, wymaga zachowania jednakowej wagi i indywidualnego charakteru każdego z głosów oddawanych w procedurze, o której mowa w art. 194 ust. 2 konstytucji. Zapewnieniu tak rozumianej reprezentatywności kandydatur służyć może w szczególności albo jedno głosowanie, w którym każdemu sędziemu Trybunału  przysługuje tyle głosów, ilu jest kandydatów, albo oddzielne głosowanie nad każdą z kandydatur, w którym każdemu sędziemu przysługuje jeden głos."

Trybunał domniemał dodatkową przesłankę uznania danego sędziego za kandydata na Prezesa bądź Wiceprezesa TK. Przesłanką tą jest "zaufanie większości składu Zgromadzenia Ogólnego TK". Owa przesłanka nie została sformułowana ani w przepisach Konstytucji, ani też ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Można zatem stwierdzić, że Trybunał Konstytucyjny w nieuprawniony sposób prowadzi działalność prawotwórczą.

W całym cywilizowanym świecie przyjmuje się, że gdy miejsca w organach kolegialnych obsadzane są (w danym okręgu) przez więcej niż 1 osobę, poza osobą która otrzymała największą liczbę głosów, w skład tego organu wchodzą osoby o kolejno najlepszych wynikach. Tak jest w m.in. w przypadku wyborów do Sejmu, gdy np. partia A w danym okręgu uzyskuje 5 mandatów. Nikomu nie przychodzi do głowy by weryfikować, czy każdy z nowych posłów cieszy się zaufaniem 50% + 1 wyborców głosujących w danym okręgu. Wyborca ma 1 głos i poprzez jego oddanie wskazuje kandydata, któremu udziela pierwszeństwa do uzyskania mandatu. Podobna sytuacja zachodziła przed wejściem w życie Kodeksu wyborczego, w przypadku wyborów do Senatu. Tam - pomimo iż wyborca dysponował 2 głosami (poza województwami katowickim i warszawskim) - mandaty senatorskie otrzymywały osoby z dwoma najlepszymi wynikami w okręgu. Nie musiały one uzyskać 50% + 1 głosów wszystkich głosujących w danym okregu. To byłoby zresztą absurdem. Podobnie jak absurdem jest powyższa intepretacja przepisów o wyborze Prezesa i Wiceprezesa TK. Nie muszę chyba wspominać, że każdy z sędziów dokonując wyboru kandydata powinien mieć w głowie (jedną) osobę, która - jego zdaniem - będzie się najlepiej nadawała do kierowania Trybunałem.

7 listopada 2016 roku znów zatem mieliśmy do czynienia z ogłoszeniem nie wyroku, lecz aktu prawnego o nieokreślonej treści i formie, wydanego poza określonymi prawnie granicami działania Trybunału Konstytucyjnego. Oczywistym jest, że tego typu akt nie może zostać uhonorowany publikacją w Dzienniku Ustaw. Sędziowie składu orzekającego po raz kolejny dopuścili się przestępstwa opisanego w artykule 231 par 1 kk, nic więc dziwnego, że podobnego przestępstwa nie zamierza dopuścić się ani szefowa rządu, ani też szefowa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

A tak zupełnie po ludzku - jest mi przykro. Widać wyraźnie, że potrzebne jest rozwiązanie ustawowe, które wskaże alternatywne kryteria do wyłonienia osoby kierującej Trybunałem, a niebędącej jego Prezesem. Jeśli trybunalska wykładnia zostanie zastosowana w wyborach kandydatów na Prezesa TK, kryzys trwać będzie nadal. Prezydent bowiem nie obsadzi stanowiska Prezesa TK, w sytuacji gdy procedura wyboru kandydatów zostanie dotknięta poważną wadą prawną.

A zatem - crisis must go on!