Obecna władza musi wyzwolić się od wpływu zagranicznego biznesu doradczego. Wtedy przetrwa.

Strategiczny cel beneficjentów polskiego status quo jest tylko jeden: PiS musi przegrać i to możliwie najszybciej, tracąc władzę zanim… No właśnie zanim co? Mają oni świadomość, że czas jest ich największym wrogiem, bo każdy rząd tworzy w naszych realiach swoistą „partię władzy” rozdając nominacje i stanowiska, a na jego stronę przechodzą wszyscy oportuniści (czyli realiści). A zwłaszcza biznes, który musi z nią dobrze żyć. Władza w naszych realiach z reguły tworzy polityczną większość, bo bycie po stronie przegranych jest zbyt ryzykowne. Tak było i tak będzie; wystarczy więc tylko ujawniać kolejne afery, piętnować prywatę i korupcję, a przede wszystkim niekompetencję poprzedników. Przegrani są zawsze niekompetentni, bo… przegrali: fachowi politycy nie powinni przegrywać. Z nową większością łączy z zasady swoją przyszłość nowe pokolenie, kto chce awansu, pieniędzy i wpływów. Jest jeszcze wiele do wzięcia: samorząd terytorialny (kilkadziesiąt tysięcy stanowisk!), niższe szczeble administracji rządowej, sektor publiczny w gospodarce. Tak jak poprzednicy wyniszczali wszystkich rzeczywistych i domniemanych” pisiorów”; tak teraz czas na rzeź „platfusów”. Rządzący politycy nie muszą zachęcać do tych działań: zrobi to „oddolnie” nowe, odsuwane od lat przez starszych pokolenie. A wszystkie „biznesy”, robione od lat na liberalnej, a wcześniej lewicowej władzy można zmieść jednym silniejszym podmuchem. Większość liderów naszego oligarchicznego pseudokapitalizmu wzbogaciło dzięki przejęciu za bezcen majątku publicznego, który daje zarobić tylko wtedy, gdy na posyłki mamy prawodawcę, urzędników i co najmniej neutralność wymiaru sprawiedliwości. Utrata tego parasola oznacza brak kasy. Czy znani celebryci biznesu, którzy od lat mają czas na media, „kongresy”, drogą, zagraniczną turystykę, mieli kiedy nauczyć się twardej sztuki zarabiania pieniędzy tworząc realną wartość? Czy bizantyjskie molochy, zwane „instytucjami finansowymi”, zaoferowały klientom na masową skalę jakiś „produkt”, który przyczynił się do realnego wzrostu gospodarczego? Przecież on jest tylko wtedy, gdy klient dzięki uzyskanym środkom zarobi nie tylko na ich zwrot, ale również uzyska nadwyżkę dla siebie. Czymże zabłysnęły banki w czasie ostatnich 10 lat? Przekrętem w postaci „kredytów frankowych”, które dają im zarobek pochodzący z grabieży majątku kredytobiorców. Przecież żaden biznes, nawet w krajach wielokrotnie bogatszych od Polski, nie daje stopy zwrotu wynoszącej ponad 100% zainwestowanych kapitałów (z wyjątkiem oczywiście tych kredytów).

Jak więc pozbawić PiS władzy? Można żerować na jego błędach, ale to raczej zajęcie dla dziennikarzy i w dodatku o ograniczonej (bardzo) skuteczności. Pogadają, skrytykują i co z tego? Można było użyć do tego Trybunały Konstytucyjnego, ale już wiadomo, że to nie wyszło. Co więc robić? Trzeba podrzucać im pomysły, aby się na nich rozłożyli. To jedyna, skuteczna metoda, zwłaszcza że obecna większość jest trochę sektą, czyli ufa(?) tylko „swoim”. A tych zawsze nie jest tak wielu. Najlepiej więc aby saperów podkładających owe miny odegrali „apolityczni” eksperci, a zwłaszcza biznes doradczy: on przecież lepiej wie, jak jest „na Zachodzie”. Żył on w świetnych relacjach z poprzednią władzą i beneficjentami tamtego systemu: zresztą jest chyba po ich stronie. Ktoś konsekwentnie realizuje ten scenariusz: umie podrzucić władzy to, co trzeba. Najlepiej w ważnych ogniwach administracji. Pierwszy rok działalności resortu finansów daje tego aż nadto wiele dowodów. Rząd realizuje wszystkie bezsensowne pomysły poprzedników, oczywiście na własną zgubę. Dobrze, że pozbyto się wreszcie poprzedniego ministra finansów, bo on miał tu zbyt wiele „zasług”. Wszystkie zrealizowane przez obecną większość pomysły podatkowe miały stempel zagranicznego biznesu doradczego i powstały jeszcze przed wyborami. Dam tylko jeden przykład, który doprowadza do pasji już wszystkich przedsiębiorców płacących VAT: jest to tzw. jednolity plik kontrolny. Za niecałe dwa miesiące muszą rozbudować do nieznanych w świecie rozmiarów ewidencję podatkową, do której muszą co miesiąc wpisywać szczegółowo wszystkie transakcje zakupu i sprzedaży (nawet każdy zakup papieru toaletowego) i następnie wysyłać ją w formie elektronicznej ministrowi finansów. To zupełny absurd, w zasadzie już niewykonalne, pracochłonne, kosztowne i nikomu do niczego nie potrzebne. Oczywiście dorobiono do tego znaną z czasów liberałów ideologię, że służyć to ma… uszczelnianiu systemu podatkowego. Kto jest pomysłodawcą tego nonsensu? Oczywiście zagraniczna firma doradcza, która za ten pomysł wzięła grubą kasę. Ale rządy liberałów nie spieszyły się z wdrażaniem, bo nie chcieli wkurzać przedsiębiorców. Resort finansów podrzucił to jednak obecnemu rządowi, który poniesie tu oczywistą porażkę. Narzucanie nikomu nie potrzebnych, biurokratycznych obowiązków, a potem represjonowanie za ich wadliwe wykonanie (zagraniczni eksperci twierdzą, że grozić za to będzie grzywna w wysokości 17 mln zł) jest znacznie skuteczniejszym sposobem odsunięcia od władzy PiSu niż marsze KOD-u.

Każdy, kto dobrze życzy obecnej władzy patrzy na te działania z pewnym zakłopotaniem: czy ONI naprawdę nie połapali się tej grze? Jedno jest pewne: obecna większość powinna wyrzucić do kosza wszystkie podsuwane przez zagraniczny biznes doradczy pomysły (w tym tzw. jednolitą daninę) i przeciąć wszelkie kontakty z autorami tych pomysłów. Będzie to nie tylko w interesie obecnej większości, ale również w zgodzie z rezolucją parlamentu UE, który zaleca to wszystkim państwom członkowskim. Gdy to zrobi, będzie rządzić do końca tej kadencji, a może nawet dłużej.