Członek OtokoClub: Dlaczego Polska musi uważać Rosjan za swoich wrogów? Dlaczego nie możemy być sojusznikiem Rosjan?

Jacek Bartosiak: Niestety nie jest nam po drodze z Rosją, ponieważ do konfrontacji spycha nas geografia. Do dominacji nad wejściem do Rimlandu europejskiego, nad obszarem między Morzem Bałtyckim a Morzem Czarnym, predystynowana mogła być albo Polska albo Rosja. Niestety to my tę rywalizację przegraliśmy. Wynikła ona z faktu, iż obszar ten uchodzi za najlepsze skrzyżowanie komunikacyjne i handlowe w Europie. Rosja będąc mocarstwem lądowym musi na niego oddziaływać, ponieważ boi się, że w przeciwnym razie to stamtąd wpłynie na nią czyjeś oddziaływanie wojskowe lub ekonomiczne. My z kolei poszukiwaliśmy tam kiedyś swoich przestrzeni życiowych, ekspansji i poszerzania wpływów, co jest naturalne w przypadku każdego podmiotu politycznego.

Obecnie w przypadku gdybyśmy umieli otworzyć sobie kierunki lądowe na nasz eksport: Ukrainę, Białoruś albo nawet Rosję, która byłaby słabsza, mielibyśmy dobre miejsce na robienie interesów, bo działanie na tym boisku byłoby dla nas korzystniejsze niż przebijanie się na trudne rynki francuskie czy niemieckie, co usiłujemy robić od jakiegoś czasu i co nie jest niestety takie proste. Ta rywalizacja jest więc nieuchronna, jej wynik natomiast niepewny. Trzeba bowiem zaznaczyć, że wcale niekoniecznie my jesteśmy tu słabsi.

Czy dla wzmocnienia obronności Polski warto balansować wpływy USA za pomocą Chin?

W chwili obecnej nie. W sensie bezpieczeństwa nie ma dla nas alternatywy, ewentualnie poza własną wielką armią, zdolnościami i ekonomią. Ameryka to jedyne państwo zdolne do globalnej aktywności wojskowej. Oczywiście gdyby za 50 czy 60 lat Chiny zdominowały Eurazję i były przy tym nie tylko 10 razy silniejsze gospodarczo od Rosji, ale na przykład 60 razy, no to myślę, że moglibyśmy wtedy wyciągać inne wnioski, aby przetrwać.

Jeśli Rosja jest słaba, jak pan mówi, to dlaczego się jej boimy?

Myślę, że trochę przesadnie boimy się Rosji. Ekonomiczne, w sensie struktury gospodarki Rosja jest słaba. Wszyscy mamy poczucie przewagi cywilizacyjnej nad Federacją Rosyjską, ale mimo to zachodzimy w głowę dlaczego tak się jej boimy? To jest odwieczna percepcja typowego Polaka, pogarda względem Rosji i jednocześnie strach. Musimy wobec tego znaleźć jakiś punkt środkowy. Boimy się przede wszystkim rosyjskich sił zbrojnych, na temat których jest w Polsce bardzo dużo mitów. Oczywiście Rosja w chwili obecnej rzeczywiście zagraża spoistości NATO, prowadzi wojnę na Ukrainie i wojnę hybrydową, a także pokonała Gruzję. Nie jest to jednak armia sowiecka, która miała w potencjale mobilizacyjnym kilkanaście milionów ludności. Związek Sowiecki, kiedy się rozpadał liczył między 270 a 280 mln. W tej chwili Federacja Rosyjska liczy sobie 135 mln ludności. Mało tego, armia sowiecka była na Łabie, a dziś armia rosyjska jest nad jeziorem Pejpus. Zaraz między Pskowem, Sankt Petersburgiem, a Dorpatem. Jest to zupełnie inna geografia i inne państwo.

Od czasu Piotra Wielkiego armia Rosji była skonstruowana na zasadzie terytorialnej. Na ogromnym obszarze znajdowały się bazy materiałowe i istniał bardzo sprawny system mobilizacyjny rezerw. W związku z tym armia była skadrowana i posiadano też dokładne plany jak relatywnie szybko rozwijać się mobilizacyjnie. Generalnie wynikało to jednak ze strachu przed wieloma zagrożeniami. Był tam kierunek europejski, z którego przyszedł i Napoleon, Hitler i Polacy. Był kierunek azjatycki skąd przyszli Mongołowie, kierunek kaukaski, gdzie są ciągle ruchawki i Turcja. Rosjanie zawsze żyli w strachu, że nie ogarną tych wielkich granic terytorialnych i swoich stref wpływu, w związku z czym zawsze mieli niedobór liczby wojska. Również w czasach imperium rosyjskiego i sowietów. Co mają wobec tego powiedzieć teraz, gdy maleje im populacja, a obecne roczniki są słabe w sensie materiału, liczebności, jak i jakości? Rosjanie mają ogromne problemy z obsadzeniem wojska.

Na początku lat 90. armia Federacji Rosyjskiej składała się z wojsk tak zwanego trzeciego eszelonu. Od czasów sowieckich pierwszy eszelon stacjonował w Czechosłowacji i NRD, drugi w Polsce i w zachodnich republikach radzieckich, a trzeci w Federacji Rosyjskiej był najsłabszy. Trzeci eszelon złożony z najgorszych, trzeciorzutowych jednostek miał ogromne problemy infrastrukturalne i sprzętowe. Były tam chociażby trzy czołgi tej samej generacji o podobnych cechach i charakterystykach, ale zupełnie innym systemie napędowym, silniku, systemie celowania i częściach zamiennych. Jednocześnie było to sprzęgnięte z interesami przemysłu zbrojeniowego. W każdym segmencie istniał taki problem.

Armia Federacji Rosyjskiej w połowie lat 90. wyglądała na bardzo liczebną. Miała ona ponad 2-3 mln ludzi, z czego jednak 30% pilnowało magazynów. Pustych garnizonów było mnóstwo. Kiedy przyszła pierwsza wojna czeczeńska spośród takiej armii, na którą się płaciło, nie dało się zebrać jednej jednostki taktycznej do prowadzenia prawdziwej wojny. Jest to odwieczny problem rosyjski trwający do dnia dzisiejszego. Był on także widoczny w czasie naszej wojny listopadowej, gdzie Rosja zaabsorbowana innym problemem, przeżywająca problemy wojskowe nie mogła wystawić wystarczająco licznej armii, zwłaszcza na początku wojny, dzięki czemu mogliśmy ją pokonać.

Ten sam problem pojawia się teraz. Reformy Sierdiukowa i Szojgu mają wreszcie na celu złamanie terytorialności armii rosyjskiej, oderwanie jej od tych magazynów, stanowisk oraz stałych struktur kadrowych i stworzenie strategicznej mobilności pełnej związków taktycznych. Ze względu na zacofanie państwa rosyjskiego oraz słabą populację nie są oni jednak w stanie zrobić tego w pełni. Reforma udaje się pod względem oficerów, w sensie nasycenia bronią techniczną i morale, bo w rzeczywistości idą do niej głównie kadeci. Oderwano się od armii terytorialnej w kierunku armii nowoczesnej, elastycznej, natomiast problem w obsadzaniu etatów występuje cały czas. Na przykład na Ukrainie w ogóle nie były używane wojska poborowe, co powodowało, że Rosjanie musieli znów kombinować całe jednostki. Powoduje to podsycanie wojska, przez co armia rosyjska nie może prowadzić bardzo dużych operacji bojowych ze względu na te właśnie strukturalne napięcia, o których mówiłem.

Co do popularnego mitu, nie jest tak, że Rosja może w kierunku Polski skierować armię, która by nas przykryła czapkami. Nie jest tak, że my po prostu nie mamy szans. W sensie wojny konwencjonalnej, z armią Federacji Rosyjskiej, liczbowo wiadomo, że są one niskie. Gdybyśmy mieli jednak armię operacyjną z prawdziwego zdarzenia, pełną świadomości sytuacyjnej, wierzącą w siebie to nic nie jest przesądzone. Innym problemem jest oczywiście posiadanie broni nuklearnej i kwestia deeskalacyjnego użycia broni taktycznej. To rzecz rzeczywiście trudna i bardzo trudno byłoby nam się z nią uporać. Załóżmy mimo wszystko teoretycznie, że gdyby nie było broni nuklearnej w Rosji to wcale nie musielibyśmy tkwić na przegranej pozycji. Przy odpowiednim rozegraniu sprzyja nam także geografia. W związku z tym chciałbym złamać mit „wiadomo, że nie mamy szans”.

Co innego, czy powinnismy w ogóle tych szans próbować, ale to już kwestia geopolityczna, a nie wojskowa.