Redakcja: Czym jest Grupa Wyszehradzka? Czy Grupa ma przyszłość?

Prof. Bogdan Góralczyk: Od kilku miesięcy Grupa Wyszehradzka znowu jest na agendzie. Ugrupowanie to powstało w 1991 r. jako Trójkąt Wyszehradzki. Składały się na niego ówczesna Czechosłowacja, Węgry i Polska. Po aksamitnym podziale Czechosłowacji zrodziła się Grupa Wyszehradzka, czyli już czworokąt. Nadrzędnym celem jej powstania było przeprowadzenie naszych państw przez Morze Czerwone, przejście z sojuszy związanych ze wschodem i zakotwiczenie w zachodnim systemie instytucjonalnym. Ten cel został osiągnięty.

Od mniej więcej 1991 r. zaczęły się „ruchy robaczkowe” wewnątrz grupy. Jej dwa najbardziej rozwinięte, najbardziej zaawansowane również w sensie gospodarczym kraje, czyli Czechy i Węgry weszły ze sobą w  swoisty konkurs piękności rywalizując, który z nich jest najlepszym kandydatem do NATO i Unii Europejskiej. Byłem wtedy przez prawie całe lata 90. pracownikiem ambasady polskiej w Budapeszcie, a także attaché prasowym. Węgierskie media śledziłem więc bardzo uważnie. Polskę zaliczano w nich do jednej grupy z Białorusią czy najwyżej Bułgarią, czyli gdzieś tak do trzeciej ligi. Węgry zaś pretendowały do tego, by szybko dołączyć do Austrii i Niemiec oraz  znajdować się w samym centrum

W kolejnych latach Grupa Wyszehradzka trwała dalej, ale sprowadzała się raczej do formalnych spotkań, gdzie robi się zdjęcie, odfajkowuje i kończy. Jednym z nielicznych faktycznych osiągnięć tego ugrupowania była istniejąca do momentu przyjęcia nas do grupy państw członkowskich Unii Europejskiej CEFTA, dzisiaj już zapomniana, czyli strefa wolnego handlu, która pozwoliła na wzmożenie handlu oraz wymiany handlowej. Drugim istotnym osiągnięciem, istniejącym do dziś i pożytecznym jest Fundusz Wyszehradzki z siedzibą w Bratysławie. Jego celem jest wspieranie wzajemnych tłumaczeń, popieranie kultury, wymiany osobowe, naukowe i kulturalne. Projekt ten należy chwalić i cenić.

Temat Grupy Wyszehradzkiej powrócił w 2015 r., kiedy premier Węgier Wiktor Orban zdobył się na zupełnie niespotykany gest i wbrew ostracyzmowi przyjął u siebie w Budapeszcie Władimira Putina, a w półtora dnia później nieopatrznie trafił do Warszawy, dostając tutaj czarną polewkę, zarówno od ówcześnie rządzących jak i opozycji. Wszystkie media polskie i nie tylko polskie pisały, że Grupa Wyszehradzka rozsypała się i przestała istnieć. Po upływie niespełna roku doszło jednak do sytuacji, że nazwę grupy znowu odmienia się przez wszystkie przypadki. Dokładnie w dwudziestą piątą rocznicę jej powołania doszło do szczytu w Pradze, gdzie mówiło się, że Grupa Wyszehradzka ma odgrywać dużą rolę. Nasz minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski był zarówno w Pradze, jak i w Budapeszcie, gdzie w obydwu przypadkach przekonywał nie tylko do współpracy wyszehradzkiej, ale i szerszej środkowoeuropejskiej.

Odzywa się tu duch koncepcji Międzymorza Józefa Piłsudskiego z okresu międzywojennego. Pamiętajmy, że do tej koncepcji nawiązywał śp. Lech Kaczyński. Ekipa, która doszła do władzy w Polsce jesienią ubiegłego roku, czyli PiS, zdecydowanie do tej koncepcji wraca. Wyłożenie przez Waszczykowskiego w Pradze i Budapeszce pomysłu współpracy od Morza Czarnego aż po Morze Bałtyckie zostało przyjęte z mieszanymi uczuciami. Czesi pozostali dosyć sceptyczni, ponieważ nadal uważają się za najpiekniejszą pannę na wydaniu w regionie. Węgrzy i Wiktor Orban grają natomiast swoją grę. Dwa dni po szczycie Grupy Wyszehradzkiej, gdzie mówiono o jej odrodzeniu premier Węgier pojechał do Moskwy, a stanowisko Warszawy jakie względem Moskwy jest każdy widzi. Widzimy wobec tego, że w niektórych sprawach porozumienia czy ścisłej współpracy nie będzie.

Budapeszt i Warszawa w pewnych kwestiach są jednak niewątpliwie zainteresowane współpracą. Wiktor Orban zawsze był propolski, nawet swoją pracę magisterską pisał o Solidarności i jeszcze jako młodzieniec przyjeżdżał do Polski. Pewną rolę przy narodzinach partii Fidesz odegrał zresztą polski profesor Wacław Felczak, nieżyjący już znawca Węgier z Krakowa. Związki z Polakami i pewien sentyment Orban miał więc zawsze. Jest to jednak polityk wbrew pozorom bardzo racjonalny, który uznaje Polskę za największe państwo w regionie oraz rozumie, że bez Polski pewnych rzeczy nie da się zrobić.

Wiktor Orban kierując się na sojusz Budapeszt-Warszawa odwraca również od siebie część uwagi Komisji Europejskiej. Liczy na to, że KE zajmie się Warszawą, a nie nim, dzięki czemu on przestanie być tym jedynym „czarnym piotrusiem” czy chłopcem do bicia, co niewątpliwie jest dla niego wygodne, poza tym wzmacnia jego głos, bo już nie tylko on będzie w tej lidze. Do tej ligi z nieco innych pozycji i innego światopoglądu czy ideologii dołącza również premier Słowacji Robert Fico. Łącznie mamy więc sytuacje dużego zainteresowania i wzmożonego ruchu.

Niezwykłym zwolennikiem współpracy środkowoeuropejskiej i ogromnym znawcą, a zarazem propagatorem tematu na zachodzie był Timothy Garton Ash, Brytyjczyk żonaty z Polką, który dla naszego kraju zrobił bardzo wiele. On na początku lat 90. propagował ideę współpracy wyszehradzkiej i środkowoeuropejskiej wchodząc nawet w polemikę z doświadczonym dyplomatą George’em Kennanem. Kennan zapytał wtedy, czy istnieje wspólna kultura i świadomość Europy Środkowej? Czy Europa Środkowa w sensie tożsamościowym istnieje? Wydaje się, że trafił tym w samo sedno, ponieważ istotnie przez 25 lat nie udało nam się zbudować pewnej wspólnej tożsamości, jak państwa skandynawskie, państwa bałtyckie czy państwa Beneluksu. Grupa Wyszechradzka jest jak do tej pory raczej wydmuszką. Istnieje oczywiście szansa, że wypełnimy ją treścią, ale stuprocentowej pewności nie ma. Zobaczymy co z tego wyniknie, bo w tej chwili zaczęło się znów w tej dziedzinie coś dziać.

Istnieje równocześnie jeszcze jeden wymiar, który zbyt często przeoczamy. W odpowiedzi na zwiększenie współpracy wyszehradzkiej pojawia się niebezpieczeństwo, że wytworzony zostanie pewnego rodzaju blok między Adriatykiem a Bałtykiem, który stanie się punktem odniesienia dla Rosji i dla Niemiec. Powstaje pytanie, czy grając w tę grę nie odbudujemy niedobrze nam się kojarzącego, złowieszczego wręcz podziału na Wschód i Zachód? Możemy wypaść z gry i zostać włączeni do drugiej czy trzeciej ligi, a chcę zwrócić uwagę, że oglądając Deutsche Welle w dniu szczytu Grupy Wyszehradzkiej sam na własne uszy słyszałem, że nazwano ją nie inaczej niż grupą renegatów, która wypiera się wartości europejskich. Wypłynęła tam między innymi kwestia uchodźców, w której my nie godzimy się na pewne rozwiązania sugerowane, a często nawet dyktowane z Berlina, czy Brukseli.

Budowa tożsamości środkowoeuropejskiej jest więc sensowna, ale nie jeśli wylewa się przy okazji dziecko z kąpielą. Nie można tego robić w taki sposób, by przez przypadek znaleźć się w drugiej lidze, bo gdzieś tam na zachód od nas utworzy się europejskie twarde jądro, które znowu będzie patrzeć na nas z góry. Takie niebezpieczeństwo istnieje i wspierając rozwiązanie o nazwie Grupa Wyszehradzka trzeba się z tym liczyć. Jeżeli tę świadomość będziemy mieli, to na pewno z pożytkiem zbudujemy większą współpracę, za którą ja osobiście zdecydowanie się opowiadam.

oglądaj w całości