Redakcja: Czy Polacy mogą myśleć o Kresach, jak o polskich ziemiach?

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: W kulturze polskiej i w historiografii od dwóch stuleci funkcjonuje pojęcie „kresów”. Kresy istnieją nie tylko wschodzie. To wszelkiego rodzaju pogranicze, gdzie społeczność polska stykała się z inną społecznością. Można przecież mówić o Kresach Zachodnich, czyli miejscu styku z kulturą niemiecką. Kresy Wschodnie w XIX w. oznaczały natomiast tereny bardzo odległe, na których rozgrywała się powieść „Ogniem i mieczem”, a więc Dzikie Pola, Zaporoże i Krym. W czasie zaborów Kresy zaczęto z kolei coraz bardziej przybliżać. Obecnie, co nie jest moim zdaniem prawidłowe, pojęciem Kresów określa się wszystkie ziemie na wschód od rzeki Bug, a zatem te ziemie, które zostały utracone.

Niezależnie co będziemy rozumieli jako Kresy, dziś trzeba mówić o ziemiach dawnego państwa polskiego, Rzeczypospolitej Obojga Narodów, utraconych wraz z końcem Kresów Wschodnich. Bardzo ważne są tu dwie daty.

Po pierwsze pakt Ribbentrop-Mołotow w 1939 r. czyli IV rozbiór Polski, gdzie cała część wschodnia wraz z Białymstokiem, Łomżą i Przemyślem została oddana jako łup wojenny Związkowi Radzieckiemu.

Po drugie, luty 1945 r., kiedy trzej nasi sojusznicy Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Związek Radziecki realizując wcześniejsze ustalenia z Teheranu w czasie konferencji na Krymie podjęli decyzję, że wszystkie ziemie na wschód od rzeki Bug znów staną się łupem ZR. Dokonano wówczas czegoś, co nie jest znane w nowoczesnej historii Europy. Państwo polskie przesunięto o 200-300 kilometrów, oddając ziemię, a ludność ocalałą z ludobójstwa wywieziono w bydlęcych wagonach. Z Kresów Wschodnich wypędzono nie tylko Polaków, ale także Ormian i inne społeczności identyfikujące się z państwem polskim.

Dziś nie ma już sensu mówić o przesunięciu granic, bo nawet najdrobniejsza korekta może być otwarciem puszki pandory. Układ pojałtański jest w dużym stopniu skonfliktowany i istnieje ryzyko, iż różne społeczności zaczną się dopominać o swoje tereny.

Ważna jest przede wszystkim pamięć o Polakach, którzy pozostali na Kresach Wschodnich, a więc na terenie obecnej Ukrainy, Białorusi i Litwy. Ich sytuacja jest trudna, ponieważ w Polsce mniejszość litewską traktuje się dobrze, natomiast mniejszość polska na Litwie (około 10%) jest autentycznie prześladowana.

Podobnie dzieje się z mniejszością na Ukrainie, gdzie dochodzi do głosu, antypolska z założenia, proniemiecka ideologia banderowska. Nie może być tak, że mniejszości w Polsce posiadają pewne przywileje, a mniejszość polska w innych krajach tych przywilejów nie posiada.

Z tego powodu potomkowie Kresowian, ich dzieci czy wnuki, upominają się o te sprawy.

Red.: Dlaczego dziś nie mówi się o ludobójstwie popełnionym przez Ukraińców?

TI-Z: Pakt Ribbentrop-Mołotow doprowadził do podziału Polski, po którym Kresy Wschodnie, znalazły się pod okupacją sowiecką. Nie ma wątpliwości, że Sowieci dokonywali straszliwych rzeczy, takich jak zbrodnia katyńska, czy zsyłki na Sybir albo do Kazachstanu. Gdyby nie doszło do agresji niemieckiej na Związek Radziecki, prawdopodobnie wyrugowanoby Polaków z tych terenów, wywieziono i wymordowano.

Niemcy również nie byli lepsi. W 1941 r. dokonali ludobójstwa we Lwowie, a następnie w Stanisławowie i Krzemieńcu. O tych dwóch rzeczach się obecnie mówi, czci się pamięć choćby profesorów lwowskich, czy ofiar, które zginęły na Syberii lub w Kazachstanie. Niestety przez poprawność polityczną i mit Jerzego Giedroycia od dwudziestu siedmiu lat III RP nie chce obok tych dwóch zbrodni uznać istnienia zbrodni ukraińskiej, czyli ludobójstwa.

Trzeba jasno powiedzieć, że wszelkie eufemizmy w postaci „tragedii wołyńskiej”, męczeństwa Kresowian”, czy tak jak próbuje wmówić „Gazeta Wyborcza” – „wojny polsko-ukraińskiej” są nie tylko fałszywe, ale też obraźliwe dla pamięci pomordowanych. Jedynym terminem zgodnym z prawdą jest „ludobójstwo dokonane na obywatelach polskich i innych narodowości”. Ginęli też przecież Ormianie, Czesi na Wołyniu, Cyganie oraz sprawiedliwi Ukraińcy, nie będący zwolennikami banderowców. Nacjonaliści Ukraińscy wraz z Niemcami wzięli czynny udział w holocauście Żydów, a już w 1939 i 1941 r. doszło do masowych mordów na bezbronnej ludności polskiej. W lutym 1943 r. wybuchła największa fala ludobójcza, która ogarnęła cały Wołyń. Była to akcja zaplanowana, systematyczna, przy cichym wsparciu Niemców, polegająca na mordowaniu wszystkich Polaków, w tym kobiet, dzieci i starców. W 1943 r. wymordowano około 60 tys. Polaków. W 1944 r. fala przeniosła się na Małopolskę Wschodnią oraz część Lubelszczyzny, gdzie zginęło znów około sto tysięcy.

Ta zbrodnia nigdy nie została rozliczona. W okresie komunizmu mówiło się wyłącznie o Bieszczadach i walkach Wojska Polskiego z UPA. Po 1989 r. powiedziano prawdę o pakcie Ribbentrop-Mołotow, zsyłkach na Sybir i do Kazachstanu. Mówi się o ludobójstwie ludności polskiej w czasie Powstania Warszawskiego, zbrodniach NKWD, polskiego UB i wielu innych sprawach.

Pomijana jest jednak ofiara, jaką Polacy ponieśli z rąk nacjonalistów Ukraińskich, a to sprawa zasadnicza.

Powody są polityczne. Mit Jerzego Giedroycia nakazuje twierdzić, że Polska bez wolnej Ukrainy jest niezdolna do życia. Oczywiście dobrze, że istnieje wolna Ukraina. Ale Polska bez Ukrainy też potrafi funkcjonować.

Po drugie, nie można na przemilczeniu, czy kłamstwie budować przebaczenia i pojednania między narodami. Trzecia sprawa, kiedy Polska milczy w tych sprawach i nie dokonuje pochówku ofiar, nie stawia pomników, a nawet zwykłych krzyży na miejscach masowej zbrodni, to zachęca nacjonalistów ukraińskich, którzy odrodzili się w ogromnym stopniu.

Właśnie przez to dochodzi do absurdów takich, jak ten z dnia 9 kwietnia 2015 r. Zaledwie dwie godziny po przyjacielskiej wizycie prezydenta RP Bronisława Komorowskiego parlament ukraiński przyjął uchwałę gloryfikującą ludobójców z UPA. Co więcej, wyraźnie zaznaczono w niej, że każdy, kto się sprzeciwia gloryfikacji, w tym cudzoziemcy, a więc i Polacy, może ponieść konsekwencje karne.

Nie zrobiła nic w tej sprawie również obecna władza. Trzeba jednak powiedzieć, że w 2013 r., kiedy głosowano nad uchwałą o ludobójstwie na Wołyniu, w siedemdziesiątą rocznicę krwawej niedzieli, to PiS, SLD, PSL, grupy Gowina i Ziobry były za tym, aby uznać te wydarzenia za ludobójstwo.

Uchwale sprzeciwiły się dwie osoby, wspomniany prezydent Bronisław Komorowski i szef „Gazety Wyborczej” Adam Michnik. Pod ich naciskami, a także pod naciskami ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego kluby parlamentarne PO i Ruchu Palikota słowo ludobójstwo" zastąpiły potworkiem jezykowym „czystki etniczne o znamionach ludobójstwa”. Z tego powodu zabrakło niestety dziesięciu głosów i do dzisiaj ludobójstwa Polska nie uznaje. Jest to oczywiście zachętą dla neobanderowców do tego, by czuli się bezkarnie.

Red.: Czy po rzezi wołyńskiej możliwe jest pojednanie Ukraińców z Polakami?

TI-Z: Przede wszystkim należy powiedzieć, że nie wszyscy Ukraińcy mordowali Polaków oraz upamiętnić Ukraińców sprawiedliwych. Po drugie, uczcić i pochować ofiary, ponieważ do dzisiaj nie było ekshumacji, nie ma pomnika, a nawet zwykłego krzyża. Po trzecie, powiedzieć „tak, to było ludobójstwo”. Dopóki te trzy warunki nie zostaną spełnione, będziemy mieli niekończący się konflikt.

10 lutego 2016 r. klub parlamentarny PiS złożył projekt uchwały ustanawiający narodowy dzień pamięci męczeństwa Kresowian wskazując datę 11 lipca, czyli krwawą niedzielę, kiedy bandy UPA napadły na sto polskich miejscowości na Wołyniu i wymordowały ludzi.

Wyraźnie przyznanie, że to nie męczeństwo, a ludobójstwo zaowocowałoby narodowym dniem pamięci ludobójstwa Kresowian lub Polaków na Kresach. W tej chwili trwają rozmowy, ale jeżeli PiS znowu wprowadzi jakiegoś potworka językowego, to uchwała nic nie da. Jeżeli jednak zdecyduje się powiedzieć prawdę: „tak, to było ludobójstwo”, wówczas zaczniemy czcić te ofiary i 11 lipca stanie się świętem państwowym.

Wtedy będzie dobrze.

Red.: Kto mówi prawdę o rzezi wołyńskiej?

TI-Z: Jeżeli politycy od dwudziestu siedmiu lat mają ogromny problem z powiedzeniem prawdy, zarówno PO, jak i PiS, to kto stara się ją mówić?

Trzeba oddać szacunek wszystkim publicystom i dokumentalistom, historykom, którzy pomimo poprawności politycznej, czy nagonki ze strony „Gazety Wyborczej” piszą i publikują prawdę. Mam tu na myśli przede wszystkim Ewę Siemaszko i jej ojca Władysława, którzy opracowali genialną monografię ludobójstwa na Wołyniu. Także innych historyków, czy publicystów, a często osoby, które tematem zajmują się z racji swoich korzeni. Wykonały one pracę za uniwersytety polskie, które się tego tematu nie chcą podjąć.

Za doskonałe uznaję też książki beletrystyczne Stanisława Srokowskiego z Wrocławia, który urodził się na Kresach Wschodnich i ludobójstwo widział na własne oczy. Zainspirowały one reż. Wojciecha Smarzowskiego do nakręcenia filmu pokazującego ludobójstwo na Wołyniu. Znam już zarys jego scenariusza i mogę powiedzieć, że jest on bardzo prawdziwy, ale przez tę prawdę też niezwykle wstrząsający z racji ukazywania tego, jak ludobójstwo się odbyło.

Zarówno Niemcy, jak i Sowieci mieli na koncie rzeczy okrutne, ale to co robili Ukraińcy z UPA, czy z SS Galicja przekraczało wyobrażenie. Nawet Niemcy byli zaskoczeni skalą okrucieństwa, krojeniem ludzi na kawałki, krzyżowaniem, a zwłaszcza pastwieniem się nad kobietami w ciąży. To są rzeczy nieprawdopodobne, takiego zdziczenia nie było w Europie już od wieków. Film to pokazuje, pokazuje też sprawiedliwych Ukraińców oraz małżeństwa polsko-ukraińskie.

Ten obraz wstrząśnie opinią publiczną dlatego, że obnaży kłamstwo polityków. Ciągle mówimy „wolna Polska”, ale czemu wolna Polska przez tyle lat nie chciała nic zrobić? Nie tylko nie było filmu, ale nie ma tej sprawy w podręcznikach szkolnych, na uczelniach, w telewizji. Jeśli zdarzają się czasem filmy dokumentalne, to są one puszczane o pierwszej, czy drugiej w nocy.

Politycy mają czas do siódmego października, czyli do dnia premiery. Po niej będzie już za późno, bo stanie się jasne, że to nie oni, a filmowcy i pisarze pokazali prawdę. Osobiście zachęcam, aby obejrzeć ten film, bo wiem, że będzie dobry. Podejrzewam zresztą, że organizowanie na niego nagonki przez na przykład Związek Ukraińców w Polsce, czy wspomnianą już kilkukrotnie „Gazetę Wyborczą”, zachęci jedynie ludzi.

 

Oglądaj dalszą część rozmowy...