Abstrahując od stosowanej narracji, jest to jak najbardziej trafna ocena stanu rzeczy: w polskiej prasie trwa jakaś wojna, która w dodatku jest już prawie na naszym terytorium, musimy się w związku z tym zbroić, a w gazetach wychodzących w Budapeszcie, Bratysławie, czy Wiedniu widzimy zupełnie inny, pokojowy świat, nikt nie straszy wojną, nie trzeba na gwałt kupować uzbrojenia i powoływać rezerwistów w kamasze.

Poinformowano natomiast – o czym zupełnie milczą nasze media – o „masowych samobójstwach” wśród byłych współpracowników równie byłego prezydenta Janukowycza, będących prawdopodobnie przeciwnikami „demokratycznie wybranych władz” obecnej Ukrainy, które – jak można sądzić – nie mają z tym nic wspólnego.

Pozornie może dziwić zwłaszcza austriackie désintéressement sprawami ukraińskimi, gdyż przecież to wiedeńscy politycy przed ponad stu laty wykreowali pierwszych nacjonalistów „ukraińskich”, do których tradycji odwołują się dzisiejsze władze w Kijowie. Nie byłoby Stepana Bandery, OUN-u, UPA, SS-Galizien bez czynnego i świadomego wsparcia jeszcze austrowęgierskich polityków i sztabów dla „odrodzenia narodowego” (tak je wtedy nazwano) greckokatolickiej ludności tzw. wschodniej Galicji, a zwłaszcza Lwowszczyzny, okolic Stanisławowa, Łucka i Tarnopola.

Warto przypomnieć, że wsparcie Wiednia dla „nacjonalistów ukraińskich” z tych terenów miało stworzyć równowagę dla siły żywiołu polskiego, a dopiero później, na zgubę dualistycznej monarchii, miało sens antyrosyjski. I tu chyba tkwi brak zainteresowania problemem ukraińskim w stolicach państw tej części Europy. Ich ambicje polityczne nie sięgają już Lwowa, Tarnopola czy Iwano-Frankowska (dawny Stanisławów): nie ma tam zarówno interesów austriackich, jak i – co dla nas bardzo ważne – żywiołu polskiego, który miałby dla kogokolwiek (również dla nas) jakieś tam znaczenie.

Polityka proukraińska polityków wiedeńskich w XIX i XX wieku skończyła się kompletną klapą, bo wpływy tego kraju skurczyły się do obecnych granic małego państwa, które utraciło imperium i przegrało dwie wojny światowe. Pozostali dwaj mocarze, którzy upadli w 1918 roku, czyli Rosja i Niemcy, dziś wracają do swojej dziewiętnastowiecznej, a raczej osiemnastowiecznej roli. A najlepsze lata w polityce wiedeńskiej wyznaczały okresy „sojuszu dworów carskich”, czyli oś rosyjsko-austriacka, bo Berlin był (i jest?) głównym wrogiem tworzenia w środkowopołudniowej Europie silnego związku państw.

Zresztą czy czasy habsburskie nad Dunajem czy Wełtawą można źle wspominać?

Również z perspektywy współczesnej Moskwy odtwarzanie się osiemnastowiecznego układu sojuszniczych państw w środkowowschodniej Europie w granicach byłych domen dziedzictwa Habsburgów jest dobrym sygnałem, bo rodzi pozytywne wspomnienia silnej, europejskiej pozycji Rosji w tej części świata i daje jej jednocześnie alternatywę wobec sojuszu z Berlinem, który zawsze kończył się ogólną bijatyką.

 

Przedruk z mojej książki Szkice Polska-Rosja do nabycia tutaj: 

http://www.ksiegarnia.isp-modzelewski.pl/oferta-promocyjna-polska-rosja-p-802.html