Żeby nie nakręcać się aktualną sytuacją polityczną, zaproponuję temat, który obu stronom sporu politycznego bardzo leży na sercu, ale żadna ze stron nie robi nic, by obywatelom uświadamiać konsekwencje swoich wyborów na rynku.

A szkoda. Bo to gospodarka decyduje o skali naszego bogactwa i możliwości zaspokajania potrzeb obywateli.  Każdemu, nawet najmniejszemu przedsiębiorcy powinno zależeć, by otoczenie biznesowe było w jak najlepszej kondycji. Bo im kondycja otoczenia (innych firm, sprawności eksportu, efektywności administracji, itd., itp.) lepsze, tym lepsze są warunki pracy wszystkich podmiotów gospodarczych. Także Twojego i mojego, szanowny czytelniku.

 Ale to my, obywatele i przedsiębiorcy, mamy – paradoksalnie – większy wpływ niż Pan prezydent, Pani Premier i Parlament (ktokolwiek by w nim był) na kondycję naszej gospodarki.

JAK?

Za pomocą racjonalnych decyzji gospodarczych chociażby. Coś sprzedajemy i coś kupujemy. Codziennie. Bo jeśli nawet jesteś zwykłym pracownikiem z miesięczną pensją, to:

– bezpośrednio – sprzedajesz swoją pracę,

– pośrednio – sprzedajesz produkt swojej firmy (cokolwiek by to nie było).

Robimy duży błąd, gdy oddzielamy obie role, producenta i konsumenta. W en sposób zaczynamy stosować filozofię Kalego (Niewtajemniczonym przypomnę ten wątek z „Pustyni i w puszczy”: Dobry uczynek, to, gdy Kali komuś ukraść krowę. Zły uczynek, to, gdy ktoś Kalemu ukraść krowę).

 

Gospodarka to układ naczyń połączonych, w którym każda Twoja decyzja (np. zakup jogurtu za 2 zł.) ma wpływ na inne osoby i firmy, po czym wraca do Ciebie, jako echo, ale i konsekwencja Twojej (tak! tak!) pierwotnej decyzji. Przykład znajdziesz pod koniec tego tekstu, szanowny czytelniku.

Ale bez głębokiej filozofii i szczegółowych analiz proponuję następujące –poniżej – podejście. Ono kosztuje niewiele, a może i nic. A może mieć dramatyczny wpływ na stan gospodarki.

Jeżeli ktoś nie wierzy, niech sięgnie do źródeł i poczyta np. o rozwoju amerykańskiego przemysłu samochodowego w XX wieku („buy american”). Albo o rozwoju gospodarek krajów skandynawskich w latach 1960-2000 (jak to było, że kraje o bardzo wysokim kosztów produkcji, miały doskonały zbyt na swoje produkty; a tak właśnie było, głównie z powodu patriotyzmu gospodarczego).

Więc jakie to podejście?  Otóż:  

  1.  Kupuj POLSKIE z Polski.

Przykłady:

– jabłka polskie (drzewka polskie, ziemia polska, produkcja w Polsce, dochody w Polsce, podatki w Polsce,

– meble wielu polskich firm ( surowiec- drewno z Polski, płyty wykonane w Polsce, produkcje, dochody i podatki w Polsce).

Przykłady można mnożyć (produkty mleczne, słodycze, art. biurowe, itd. itp.).

Możemy kupić jabłka z Hiszpanii, Izraela czy Argentyny, tylko, po co?

 

   2. Kupuj zagraniczne wyprodukowane w Polsce.

Przykład: sprzęt AGD.

Fabryki mają zagranicznych właścicieli: Samsung, Bosch, Electrolux, itd. To koncerny zagraniczne, to prawda. Ale fabryki mają w Polsce. Zatrudniają polskich pracowników. Płacą im pensje i w Polsce płacą podatki. Co prawda część zysków jest „eksportowana”, ale to, co zostaje, to i tak sporo. Po co więc kupować sprzęt produkowany np. w Chinach?

 

   3.  Kupuj zagraniczne, ale wyprodukowane w Unii Europejskiej.

 

Przykład: wino.

W Polsce produkcja jest w skali mikro. Kupujmy, więc wina z Włoch czy Hiszpanii.  Dobrobyt innych krajów Unii pomaga także Polsce, gdyż jesteśmy odbiorcą netto funduszy unijnych i im większy GNP w krajach Unii, tym większe fundusze mogą finansować wszelkie projekty w naszym kraju.

Dobre wina ma Chile czy Australia, to prawda. Ale nasze korzyści z picia ich wina – poza smakowymi – są żadne. A czy Tempranillo czy Nero d`Avola są gorsze niż Malbec czy Shiraz?

   4.  Dopiero wtedy, gdy nie ma żadnej innej alternatyw, kupujmy sobie produkty, nie zważając na punkty 1 -3.

Przykład: banany.

Lepiej kupować polskie owoce, ale banan zjedzony od czasu do czasu nam nie zaszkodzi. Mimo że wyprodukowany w Ekwadorze, a nie np. w Holandii, albo pod Sandomierzem J.

Kwiaty kupujemy ukochanym też nie codziennie, raczej. Fakt, że róże są na 99% z Kenii, może, ale nie musi dramatyzować naszych wyborów. Choć polskie kwiaty polne też są piękne.

Kod kreskowy zaczynający się, na 590 (czyli Polska) powinien być koniecznym elementem oględzin etykiet i opakowań. Ale pamiętajmy, że np. hurtowy importer towarów z Chin, który w Polsce je tylko konfekcjonuje, również oznacza je kodem 590….

Oczywiście szanuję argument wielu, którzy mówią: „dla mnie kryterium jest cena, a nie kraj pochodzenia”. Wiem, że przeciętny Polak jest daleki od poziomu dochodowego przeciętnego Belga czy Austriaka.

Ale każdy z nas pełni jednocześnie wiele ról. Pamiętajmy o tym. Kupujesz (być może to, co tańsze), ale jednocześnie gdzieś pracujesz, coś produkujesz lub oferujesz i chciałbyś, by ktoś to kupił. A żeby ktoś to kupił, to ten ktoś musi mieć dochody, np. polski rolnik produkujący pomidory, chciałby, by robotnik produkujący auta Fiata w Bielsku, kupił jego pomidory, a nie te z Hiszpanii. Może te z Hiszpanii są o 30 groszy tańsze, ale jeśli polski rolnik nie sprzeda swoich pomidorów, to nie kupi sobie auta Tę historię możemy dokładnie odwrócić. Jeśli rolnik, który potrzebuje auto, nie kupi Fiata z Bielska, to robotnik z fabryki aut już będzie bezrobotny i nie kupi polskich pomidorów, tylko te najtańsze, z Hiszpanii.

A każda transakcja to także dochody skarbu państwa (Polskiego!)z powodu VAT i wielu podatków pośrednich. Jeśli jest ich mniej, to mamy mniej pieniędzy na ochronę zdrowia, szkolnictwo, itd. Ot, taka inteligencja finansowa w skali makro.

To jak naprawdę chcemy, żeby było?


kontakt@fingroup.com.pl