W jednym z swoich poprzednich postów opisałem współczesną polską kulturę polityczną. W szczególności zwróciłem uwagę na populizm kampanii politycznych głównych partii politycznych. Zdefiniowałem populizm jako

„wszelkie działania, postulaty i idee, które mają na celu pozyskanie masowego i niewyrobionego politycznie wyborcy. Populizm jest ekonomicznie nieefektywny i politycznie niebezpieczny, bo głosząc, że zwalcza korupcję i biurokrację demokratycznych instytucji, w istocie rzeczy przygotowuje grunt do powstania autokracji”.

Uważałem i wciąż tak twierdzę, iż pierwszym rzędzie populizmem posługuje się prawicowo-narodowa opozycja (PiS, Kaczyński, Ruch Narodowy czy Korwin), ale partie lewicy i obecnie rządząca centrowa koalicja (PO i PSL) również czasami ulega populistycznym pokusom.

Niewiele pisałem o fenomenie ruchu społecznego Kukiza, teraz przyszedł czas by poświęcić mu trochę miejsca, bo rzeczywiście jego polityczny sukces jest niebywały. Sukces wielki, ale – o czym jestem przekonany – krótkotrwały. Myślę, że jeśli nawet uda mu się wejść do parlamentu, to z niewielką ilością posłów i na jednej kadencji jego istnienie się skończy. Bo taki właśnie jest los populistycznych partii, na czele z prototypową dla ruchów populistycznych, amerykańską Partią Ludu. Niezdolne do stworzenia ideowej platformy, konkretnego programu – Kukiz powiedział, że nie interesuje się programami, lecz osobowościami osób powołanymi do realizacji idei ruchu - oraz  struktur partyjnych i zjednoczone jedynie osobą charyzmatycznego przywódcy szybko się rozpadają. Zwykle po pierwszej porażce przywódca traci autorytet, gdy jego nieomylność została zakwestionowana, działacze pogrążają się w kłótniach, a poświęcenie i zapał członków ruchu okazuje się słomianym ogniem. Wszystko na to wskazuje, iż i ruch Kukiza podąży szlakiem wyznaczonym przez drogę takich partii jak Partia X Stanisława Tymińskiego, Samoobrona Andrzeja Leppera czy Ruch Palikota.

Powód do powstania tego tekstu dał mi wpis na forum OTOKO, Grzegorza Niedźwieckiego, kandydata na parlamentarzystę ze strony ruchu Kukiza.

Na początku chciałbym stwierdzić, że nie mam powodów by kwestionować uczciwość i dobre intencje p. Niedźwieckiego. Być może jest on dobrym materiałem na przyszłego polityka. Tym niemniej sądząc po jego wpisie z programem politycznym … czeka go długa droga.

Chaotyczność, niespójność, a nawet wewnętrzne sprzeczności – to moje zarzuty wobec zaprezentowanej oferty politycznego programu. P. Niedźwiecki skończył studia socjologiczne. To, wyznam, budzi moje zdziwienie. Bo sądziłem, że cechą socjologów jest dbałość o precyzję terminologiczną. Przecież dla socjologów wypowiedzi są głównym materiałem badawczym. Dlatego aby uniknąć nieporozumień socjolog musi bardzo uważać, by nie mieszać języka potocznego z językiem naukowym, a kiedy to jest niemożliwe starać się uprzednio definiować znaczenie pojęć którymi zamierza się posłużyć.  Tego zawsze wymagałem od swoich studentów. 

Ale zostawmy to. W tej chwili chciałbym jedynie zauważyć, że nie można nazywać tak różnych rzeczy jednym i tym samym słowem – „wartości”. Spośród wymienionych przez p. Niedźwieckiego punktów tylko niektóre mówią wartościach, inne zaś o normach i organizacyjnych regułach, jeszcze inne mówią o dobrej woli i intencjach autora. I są też takie punkty których zupełnie nie rozumiem. Na przykład to: p. 11 „Zlikwidowanie niezawisłości” O jakiej lub czyjej niezawisłości mówi Autor? Nie wiem. I wątpię czy ktokolwiek – oprócz, być może, samego Autora – to wie.

Jeśli mówimy o wartościach to warto przypomnieć, że w naukach społecznych definiujemy je jako idee lub materialne przedmioty, które człowiek jako jednostka i/lub społeczność stara się w życiu realizować lub posiąść, i co bardzo ważne, owo dążenie jest mu społecznie wpojone i odczuwa go jako psychiczny przymus. Wartość nie potrzebuje uzasadnień, to człowiek uzasadnia swoje działania przyjętymi wartościami.  

W socjologii mówiąc o wartościach pamiętamy też o wzorach czy normach, tj. o sposobach realizacji tych wartości. Amerykański socjolog, Robert Merton, swego czasu wykazał, że amerykańskie społeczeństwo cierpi na swoistą „schizofrenię”, bo wpajane przez rodzinę, szkołę czy kościoły wzory nie prowadzą do realizacji wartości. W USA bogactwo, bycie milionerem, jest podstawową wartością. Lecz zwykłą, normalną pracą nie sposób się znacznie wzbogacić. Przekonanie, że można przejść drogę „od pucybuta do milionera” oparte jest na fałszu. To tylko mit. I z tego fałszu biorą się różne społeczne niepokoje i protesty zwłaszcza młodzieży.

Jakim głównym politycznym wartościom hołduje Paweł Kukiz? Sądząc po jego wypowiedziach i działalności jest on radykalnym demokratą. Demokracja to przekonanie, że władza powinna być sprawowana przez wszystkich obywateli. Ta idea narodziła się w starożytnych Atenach i przetrwała z różnymi modyfikacjami do dnia dzisiejszego. Przeciwstawiają się demokracji ci, którzy sądzą, że władzę powinna w imieniu całego społeczeństwa sprawować elita, czyli arystokracja. W Polsce najbliżej tej drugiej opcji jest Janusz Korwin-Mikke. Nota bene, dziwne, że ci dwaj politycy dyskutowali o utworzeniu wspólnego zrzeszenia, przecież ich poglądy są fundamentalnie sprzeczne.

Zwolennicy arystokracji twierdzą, tak jak Sokrates w dialogach Platona, że zwykły człowiek nie ma ani wiedzy, ani doświadczenia, ani nawet chęci, by zajmować się sprawami państwa. Dlatego te problemy powinien zostawić komuś kto, ma odpowiednie kwalifikacje i właściwą etyczną i społeczną motywację. Nota bene, Platon w swej nieufności do zwykłego obywatela poszedł daleko, bo jego idealnym państwie elita będzie miała pełna kontrolę nad społeczeństwem.

Bycie radykalnym demokratą oznacza dążenie do zapewnienia społeczeństwu maksymalnego wpływu na działalność państwa. I stąd ten główny postulat Kukiza – wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych. Najważniejszy argument za JOW-ami - głosujemy na konkretne osoby, a nie abstrakcyjne w umyśle zwykłego człowieka - partie. Ponadto dzięki temu zostaje znacznie osłabione  podporządkowanie posłów przywódcom partyjnym. Dodatkowo proponuje się wprowadzenie możliwości odwołania posła, jeśli jego wyborcy uznają, że jego działalność polityczna odbiega od tego, co deklarował w czasie kampanii wyborczej.

Zaletą JOW-ów jest zwiększenie w społeczeństwie poczucia podmiotowości. Ale – moim zdaniem – wad jest więcej. Przede wszystkim JOW-y prowadzą do nieproporcjonalnego wzmocnienia największych partii, tak jak to stało się w rezultacie wyborów w Wlk. Brytanii. Patia UKiP, która otrzymała około 8% głosów, ale zdołała uzyskać zaledwie kilka mandatów. Dlaczego? Ponieważ jej kandydaci zajmowali zwykle drugie lub trzecie miejsce w swoich okręgach i nie otrzymywali mandatu... Obawiam się też, że zwiększenie niezależności posłów od swoich partii, przy polskiej skłonności anarchii, może spowodować polityczny chaos. Czyli mogą wrócić zdarzenia z początku lat 90., niezdolności do sprawnego zarządzania polityką, tego słynnego polskiego chaosu, który w krajach skandynawskich zyskał nazwę „Polnishe Reichstag”.

Niedźwiecki wzywa by posłowanie było „służbą społeczną, a nie ciepłym korytem”. Andrzej Duda w czasie w swojej kampanii wyborczej też podkreślał, że polityka to służba społeczna. I żeby to zademonstrować na stacji metro rozdawał gorącą kawę przechodnim… Cóż, kandydat Duda nie był zbyt oryginalny. To propagandowy chwyt, który populistyczni politycy często stosują.. Chociaż gadżety mogą być inne. Na początku lat 80 działał komunistyczny polityk, Albin Siwak, którego propaganda przedstawiała jako osobę, która codziennie rano, przed pracą, przygotowuje swoim współpracownikom gorącą kawę… Zaś współczesny rosyjski polityk, Wladymir Żyrynowski, podczas kampanii wyborczej rozdawał przechodniom lody i inne słodycze…

Oczywiście, zgoda, co do „ciepłego koryta”.. Natomiast mam wątpliwości, co do pierwszej części zdania. „Służba społeczna” kojarzy się bezpłatną, dobrowolną działalnością,  ja zaś uważam, że posłowie, a już na pewno członkowie rządu powinni być dobrze opłacani. Twierdzę, że powinno się wprowadzić amerykańską zasadę, że prezydent jest najwyższym urzędnikiem i w sektorze publicznym nikt nie może więcej od niego zarabiać. W ten sposób buduje się szacunek dla państwa i osób pełniających państwowe funkcje. W Polsce, niestety, prezydent zarabia znacznie mniej niż niektórzy prezesi państwowych spółek. I nie cieszy się wielkim szacunkiem. ..

O ile w debacie na temat JOW-ów argumenty za i przeciw się równoważą, to postulat wprowadzenia „odpowiedzialności osobistej urzędnika i funkcjonariusza za błędne decyzje” jest idiotyczny i niebezpieczny, bo idzie wbrew osiągnięciom europejskiej cywilizacji. Bo właśnie po raz pierwszy w Europie zrealizowano ideę biurokracji, czyli organizacji zatrudniającej urzędników, których wynagrodzenie nie zależy od rezultatów ich decyzji. To znaczy nie otrzymują oni nagród, gdy ich decyzje przynoszą korzyść obywatelowi, ani też nie są karani, gdy ich decyzje powodują szkody. Dzięki temu urzędy mogą działać sprawnie i efektywnie. Cofnięcie tej zasady może dać katastrofalne rezultaty. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że jakiś urzędnik stanie przed decyzją czy ukarać jakieś przedsiębiorstwo za unikanie płacenia podatków i tym samym narazić się na zarzut doprowadzenia go do bankructwa, czy też zwolnić firmę z tego obowiązku i tym samym narazić się na zarzut spowodowania uszczerbku w budżecie państwa. Jaką decyzję podejmie ów nieszczęsny urzędnik?  Najpewniej … żadnej. Urzędnicy mają wypracowaną strategię reakcji na takie sytuacje: to spychologia. To zwlekanie z decyzją i „spychanie odpowiedzialności” na inne szczeble i oddziały organizacji. Brak decyzji urzędu to dla biznesmena znacznie gorsza sytuacja niż błędna decyzja…