Lubię takie teksty jak ten tekst M. Żylińskiego. Jest w nim coś, co bardzo cenię, tj. prosto przedstawione tezy oraz jasny i przejrzysty sposób ich dowodzenia. Można się zgodzić lub nie z argumentami, można kwestionować podane fakty, ale na tym właśnie polega dyskusja. Rzetelną dyskusją nie jest dywagowanie, nie jest poetyzowanie, przedstawianie swoich wizji itd. itp. jak mnie przekonywał jeden z blogerów OTOKO. Dyskusja w moim przekonaniu to pojedynek na argumenty. Oczywiście, bywa i tak, że dyskutanci czy adwersarze faulują, stosują różnego rodzaju chwyty erystyczne, jak np. argumenty ad personam. W takim przypadku pozostaje mieć nadzieję, że czytający czy słuchający dyskusji odpowiednio ocenią owego dyskutanta.

M. Żyliński podjął kwestię wprowadzenia w Polsce wspólnej, europejskiej waluty. Zdecydowana większość krajów UE już to zrobiła. Niedawno do unii walutowej przystąpiła Litwa. Polska, Wielka Brytania i jeszcze kilka mniejszych krajów (np. Węgry) się skutecznie temu opierają. Autor pomija kwestie ekonomiczne koncentrując się na argumentach społeczno-politycznych. Twierdzi, że skoro nam, społeczeństwu, skutecznie udało się przebrnąć przez szok przejścia od gospodarki centralnie sterowanej do wolnorynkowej, skoro potrafiliśmy się zadomowić w Unii Europejskiej to i tym razem potrafimy się przystosować się do jednej, wspólnej europejskiej waluty. Jest to, oczywiście, pewne ograniczenie suwerenności, ale przecież o nie o wiele większe niż np. w przypadku wstąpienia do WTO (World Trade Organization). Poza tym, uczestnictwo w strefie Euro to przynależność do centrum UE, większe niż teraz możliwości kształtowania przyszłości Unii. Autor ubolewa nad miernością dyskusji w Polsce na temat przyjęcia Euro – zwykle wypowiadają się niekompetentni ekonomicznie politycy i często w tonie prześmiewczym - i wzywa by poważnie podejść do tej niesłychanie ważnej sprawy.

Może nie tyle wartościowe, co intrygujące są też krytyczne komentarze do tego tekstu A. Mirskiego. Intrygujące i inspirujące. Skłoniły mnie do uświadomienia sobie następującej prawdy: trudno, a w zasadzie jest niemożliwe uzgodnienie stanowisk, jeśli dyskutanci operują różnymi idealnymi modelami ekonomicznymi i różnymi systemami wartości.  Jakie model i jakie wartości uznaje Żyliński? Odpowiedź chyba jest oczywista – to gospodarka wolnorynkowa i demokratyczny liberalizm. A co temu przeciwstawia A. Mirski? W tym wypadku odpowiedź jest trudniejsza. Mirski kwestionuje sukces polskiej transformacji liberalnej i wolnorynkowej z początku lat 90., bo w jej wyniku polska gospodarka została:

zmonopolizowana przez firmy córki przedsiębiorstw z innych krajów …. Rejony, w których wówczas wprowadzono bezrobocie strukturalne, nadal mają ten typ bezrobocia. Tysiące robotników, którzy wówczas stracili pracę, do dzisiaj jej nie odzyskali. Więcej: nie pracują też ich dzieci, chyba że wyjadą do innych krajów. W wyniku tamtych działań została naruszona równowaga na rynku pracy [chodzi tu o socjalistyczną równowagę ?(J.J.)] i do dzisiaj nie udało jej się przywrócić. Jednym ze skutków tej nierównowagi są umowy śmieciowe”

Zacznijmy od tego, że pan Mirski mija się z prawdą, kiedy pisze o ustanowieniu monopolu przedsiębiorstw, których właścicielami są obywatele innych krajów. Ale to jest kwestia drugorzędna. Ważne są kryteria oceny czy dane społeczeństwo odniosło sukces czy porażkę. Jeśli ktoś mnie by spytał o kryteria oceny przemian gospodarczych w Polsce czy w innych krajach to wymieniłbym następujące; a) poziom infrastruktury, tj. autostrady, koleje, komputeryzacja, telefonizacja itd. – tutaj w Polsce dokonał się jakościowy skok, zwłaszcza za rządów Platformy, b) dobrobyt społeczeństwa wyrażony w zaopatrzeniem w dobra trwałego użytku takie jak samochody, komputery itd. jak również domy i mieszkania, c) jakość życia – W tym przypadku mamy obiektywne i rzetelne wskaźniki, tj. długość przeciętnego życia oraz śmiertelność noworodków. Oba wskaźniki pokazują, że jakość życia w Polsce się zdecydowania poprawiła - Np. jeśli chodzi o długość życia to wzrosła ona o kilka lat tak, że odsetek emerytów wzrósł sześciokrotnie (Dlatego podwyższenie wieku emerytalnego jest koniecznym i naturalnym efektem tych cywilizacyjnych i społecznych zmian). Nie znaczy to, że polski sukces gospodarczy jest pozbawiony cieni. I tutaj A. Mirski ma częściowo rację. Wysokie, chociaż stopniowo się zmniejszające bezrobocie oraz rosnące nierówności (nie używam pojęcia „umowy śmieciowe”, bo to prymitywna publicystyka, nie wiadomo od jakiego poziomu umowa jest śmieciowa) zarówno w przekroju indywidualnym jak i regionalnym. Traktuję to jako konieczny, chociaż bolesny koszt reform. Mam nadzieję, że w miarę rozwoju gospodarczego – tak jak to się działo w krajach Zachodu - owe negatywy będą stopniowo się zmniejszać.

Pojawia się pytanie czy istnieje gospodarka, która w stu procentach wypełnia normy A. Mirskiego?  Moim zdaniem jedynie Korea Północna… Może jeszcze Kuba … Bo tam jest całkowita narodowa (tj. państwowa) kontrola nad przedsiębiorczością i zasobami, pełne zatrudnienie i niski poziom nierówności społecznych. W Korei i na Kubie nie istnieją śmieciowe umowy, bo wszyscy (nie licząc elity partyjno-państwowej) zarabiają podobne, niewielkie, ledwie starczające na życie, pieniądze. Jeśli spojrzymy na zachodnią Europę to negatywy polskiej gospodarki (w rozumieniu A. Mirskiego) wcale nie są rzadkie. Weźmy Hiszpanię jako przykład: 70 procent przemysłu w obcych rękach i prawie 20 procentowe bezrobocie… A przecież Hiszpania jest jednym celów polskich emigrantów ! Podobna historia jest z Portugalią, nie wspominając już o Grecji. Pamiętajmy: Polska jest krajem który dopiero jedno pokolenie wstecz wyszedł z komunistycznego zastoju, który, zresztą, zastąpił przedwojenną biedę. Trudno oczekiwać, że w ciągu jednego pokolenia dościgniemy w poziomie życia bogate zachodnie kraje. W historii świata taki cud zdarzył się jedynie w niektórych krajach Dalekiego Wschodu. Ale przyczyny i skutki tego niezwykłego zdarzenia to kwestia poważnej i obszernej dyskusji. Tutaj nie ma miejsca na jej podejmowanie. 

Wracając do tekstu Żylińskiego, mogę częściowo zgodzić się z zdaniem, że „czy przyjęcie euro okaże się pomyślne dla danego kraju, zależy głównie od politycznych i gospodarczych decydentów i elastyczności gospodarki”. Jeśli decydenci zechcą wprowadzać zapowiedziane w czasie kampanii wyborczej reformy prezydenta Dudy i PIS-u, to, oczywiście, czeka nas gospodarczy krach… Lecz nie przywiązywałbym wielkiego znaczenia do osobistej wiedzy i inteligencji decydentów. To prawda, że Beata Szydło nie stwarza wrażenia intelektualistki, ma problemy z zrozumieniem ekonomicznych pojęć – prof. J. Staniszkis z typową dla siebie brutalną szczerością powiedziała, że jest przeciwko Beacie Szydło, bo uważa, że premier powinien przynajmniej dorównywać inteligencją swoim ministrom (sic!) – ale to nie jest najważniejsze.  Przypomnę, że wyśmiewano  też z Ronalda Reagana, a dzisiaj uważa się go za jednego z wybitniejszych prezydentów USA. A przykład z naszego podwórka, Sławomir Skrzypek .. Obawiano się, że człowiek, który myli aprecjację z deprecjacją waluty doprowadzi kraj do ruiny finansowej. A tymczasem, z perspektywy czasu, trzeba uczciwie przyznać, że jako prezes Narodowego Banku Polski, S. Skrzypek pełnił swoją funkcję całkiem dobrze. Wniosek, że w pełnieniu funkcji rządowych najważniejsza jest umiejętność doboru odpowiednich doradców i właściwe korzystanie z ich rad.   

Co do uwagi A. Mirskiego na temat niejasności pojęcia „ elastyczność”- odpowiadam „elastyczność gospodarki” – to poziom skrępowania pracodawcy i pracobiorcy biurokratycznymi przepisami. Gospodarka USA jest bardziej elastyczna, europejska mniej. Co nie znaczy, bynajmniej, że prawodawstwo w USA jest bardziej postępowe niż UE. Przeciwnie, uważam, że w Europie lepiej chroni się środowisko naturalne i prawa pracownika. I nie chciałbym wprowadzenia w Polsce skrajnie liberalnego prawa. Z drugiej strony opiekuńcze państwo cierpi, z konieczności, na biurokrację. Rząd Platformy wielokrotnie i słusznie był krytykowany za nadmierną biurokrację. Ale przecież i w tej dziedzinie dokonał się postęp. Na przykład skrócono przeciętny okres potrzebny do założenia firmy: z dwudziestu-kilku do siedmiu dni. To dłużej niż w najbardziej uprzemysłowionych krajach świata, ale postęp jest!

Zgadzam się z opinią A. Mirskiego, że każdy ma prawo do własnego zdania oraz może, a czasami nawet powinien, krytykować rząd oraz organizacje i instytucje ponadnarodowe. Zgadzam się też, że zdanie p. Żylińskiego „Wstyd powiedzieć, ale przed referendum w sprawie wejścia do UE byli wśród nas sceptycy” jest wysoce niefortunne. Żaden pogląd nie może być powodem wstydu, jeśli tylko jest racjonalnie uzasadniony i poparty faktami. Można i należy się wstydzić za przesądy, uprzedzenia i nieuctwo części naszego społeczeństwa. A debata przed referendum w sprawie przystąpienia Polski Unii, że takie emocjonalne i oczywiście fałszywe argumenty trafiają na podatny grunt.

W mojej pamięci utrwaliła się audycja Radia Maryja w której pewien czcigodny profesor poważnie odpowiadał na pytanie słuchaczki, czy po przystąpieniu Polski do Unii powstaną obozy koncentracyjne dla Polaków. Ostateczna odpowiedź brzmiała, że nie, „chociaż ostatecznie niczego nie można wykluczyć” (sic!) Pamiętam też tłumy przerażonych ludzi tłoczących się w urzędach po programie RM, że Niemcy będą odbierać ziemie i domy na terenach, które przed 1939 r. należały do Niemiec… Pamiętam też wypowiedź posła Bogdana Pęka w studiu telewizyjnym, że „prędzej mu na dłoni kaktus wyrośnie”, jeśli Polska nie będzie płatnikiem netto w UE”. Nie wiem czy panu posłowi coś wyrosło na dłoni, ale na pewno zmienił stanowisko, hołdując zasadzie patriotyzm patriotyzmem, ale pecunia non olet, został z list PiS-u wybrany eurodeputowanym. Po czym słuch o nim zaginął aż do niedawna, kiedy to tabloidy pokazały zdjęcie korytarza sejmowego hotelu i spoczywającym na środku posła Pęka. Według posła było to omdlenie z powodu nadmiernej pracy, według złośliwców z konkurencyjnych partii do omdlenia przyczynił się uprzednio wypity alkohol…

Mój rodzinny region Podkarpacie, twierdza PiS-u i Radia Maryja był szczególnie poddany tej antyunijnej propagandzie. Zygmunt Wrzodak, niegdyś jako przywódca Solidarności dzielnie walczący o "polskość" fabryki traktorów "Urus" aż do jej upadku. (Dzisiaj Ursus ponownie produkuje i sprzedaje traktory ale już jako prywatna firma). Po czym przeniósł się do Podkarpacia i tutaj został wybrany posłem z rekordową liczbą głosów. I on jak i wielu innych twierdził, że Unia będzie domagać się od Polski zlikwidowania niektórych szkół wyższych i uniwersytetów!!! Zaś późniejszy eurodeputowany z Podkarpacia, Filip Adwent, straszył Polaków w swojej dziwacznej książce „Dlaczego Unia Europejska jest zgubą dla Polski” (Wydawnictwo Antyk, 2003).

Dlaczego w takim razie referendum większość głosujących obywateli dało odpowiedź tak na pytanie o przystąpienie Polski do Unii? Cóż, zapewne na taki obrót spraw wpłynęła zaskakująca i dziwna decyzja ojca Dyrektora, Tadeusza Rydzyka, przekazana na falach Radia Maryja na kilka dni przed referendum, że z tą chwilą Radio przestaje nadawać antyunijną propagandę. Dlaczego? Podejrzewam, że był to wynik osobistej interwencji Ojca Świętego, Jana Pawła II. Ale to tylko domysły. W każdym razie słuchacze RM byli zaszokowani i zdezorientowani. Mieszkańcy Podkarpacia, zwykle tak tłumnie i powszechnie uczestniczący w różnych głosowaniach tym razem zostali w domu. Przynajmniej duża ich część, bo Podkarpacie okazało się regionem o najniższej frekwencji referendalnej.  Jaka z tego nauka? A taka, że można mieć mocne, rzetelne i prawdziwe argumenty, ale o rezultacie głosowania może zdecydować zupełnie coś innego...

Porównując tę debatę z obecną dyskusją na temat wstąpienia do strefy euro trzeba stwierdzić, że mimo wszystko stoi na o wiele wyższym poziomie. I pomimo mojego krytycyzmu dla wystąpień prezydenta Dudy i kandydatki na premiera B. Szydło, twierdzę, Żyliński nie ma racji: przyjęcie Euro powoduje inflację i gdyby nie Euro to sytuacja Grecji byłaby o wiele lepsza. Co do inflacji, to według komunikatu min. finansów Litwy- po przyjęciu Euro ceny niektórych produktów żywnościowych wzrosły o kilka procent. Jeśli chodzi o Grecję to wprawdzie Euro nie było przyczyną kryzysu, niemniej jednak gdyby Grecja posiadała swoją walutę, drahmę, jego przebieg byłby o wiele łagodniejszy. W sytuacji obniżania się wydajności oraz wzrostu zadłużenia waluta kraju dotkniętego kryzysem traci na wartości. Społeczeństwo, oczywiście, ubożeje, bo towary importowane drożeją, ale za to produkty wytwarzane w kraju stają się ponownie cenowo konkurencyjne. Grecja wraz wstąpieniem do strefy Euro straciła ten ochronny mechanizm. Ratunkiem byłoby obniżenie zarobków i ograniczenie liczby pracowników państwowych przedsiębiorstw, ale taka decyzja to śmierć polityczna. Dlatego kolejne rządy ukrywały kryzys i aż do ostatniej chwili szukały ratunku w kolejnych pożyczkach.

Tym samym prezydent Duda i posłanka Szydło mają rację wskazując na koszty i zagrożenia związane z przyjęciem Euro. Ale ich argumentacja dość osobliwa: twierdzą, że jakoby obecnie nie stać nas na Euro, ale kiedy się trochę wzbogacimy to wówczas będzie można wrócić do tego tematu. Czyli Duda i Szydło traktują strefę Euro jako swoisty ekskluzywny klub, przynależność do którego jest ważna, ale też dużo kosztuje. W rzeczywistości przynależności do strefy Euro jest istotna z powodów zarówno politycznych (o których pisał Żyliński) jak i ekonomicznych. Jeśli chodzi o argumenty ekonomiczne za uczestnictwem w strefie Euro, to są one następujące: po pierwsze, zyskują firmy i osoby prowadzące handel z krajami Euro (a zdecydowana większość polskiego handlu przypada na te kraje) jak również turyści podróżujący po tych krajach, bo nie muszą płacić podatku za wymianę waluty, po drugie inwestorzy niechętnie wkładają swoje pieniądze w kraje których waluta może z różnych powodów (np. politycznych) się wahać. Poważne zmiany mogą doprowadzić nawet do ich bankructwa. I po trzecie, polski rynek cierpi na brak kapitału, kredyty są drogie- przystąpienie do strefy Euro to także szansa na poprawę warunków finansowania przedsiębiorstw.

Reasumując: przyjęcie Euro wiąże się z pewnymi kosztami (chociaż obecnie Polska cierpi raczej z powodu deflacji niż inflacji) i zagrożeniami (zgadzam się z argumentem, że w sytuacji kryzysu w strefie Euro wywołanym problemami ekonomicznymi Grecji i być może innych krajów – należy się wstrzymać z decyzją o wstąpieniu), jednak warunkiem szybkiego rozwoju i podjęcia próby dogonienia najbogatszych i najbardziej uprzemysłowionych krajów jest rezygnacja z złotówki i przyjęcie europejskiej waluty. A zagrożenia? Myślę, że lepiej o nich myśleć w kategorii wyzwania jakie stoi przed polską gospodarką. A poza tym nie są one mniejsze niż niebezpieczeństwo dłuższego okresu pozostawania poza strefą Euro. Dlatego przychylam się do apelu p. Żylińskiego by jak najszybciej rozpocząć poważną i rzetelną dyskusją nad czasem przyjęcia wspólnej europejskiej waluty.