Na przykład statystyki dotyczące przemocy seksualnej. Badania są fałszowane, a nawet jeśli nie są, to właściwie wiadomo, że kobiety i tak tego chcą. Chcą być zdobywane. Wobec tego totalnie czekają na teksty, przy których nawet Johnny Bravo wydaje się mistrzem subtelności. Właśnie tak to wygląda w przypadku znacznej większości kobiet. Nie tylko feministek (które również zaliczam do kobiet), ale naszych koleżanek, matek, sióstr, babć, cioć, dziewczyn mijanych na ulicy. Chciałbym widzieć tych wszystkich dzielnych obrońców seksistowskiego światopoglądu w momencie, kiedy ktoś krzywdziłby ich bliskich. A może są tego świadkami? Może nawet często? Wracają do domów, w których tego typu przypadki są trywializowane, odbierane jako chamstwo i głupota.

Krytycy takich akcji jak ostatni spot Feminoteki w swojej argumentacji przypominają do złudzenia ponowoczesnych rasistów. Ponowocześni rasiści każdą swoją opinię na temat osób o innym od białego kolorze skóry zaczynają słowami „nie jestem rasistą, ale…”. Lata pracy feministek poskutkowały pewnymi niewygodnymi zmianami. Na przykład, zdania w stylu „sama się prosiła”, „jak ona się ubrała” i „pewnie była pijana” nie są już łykane tak gładko, jak parę lat temu. Mamy nawet facetów, którzy zaczynają uważać tego typu argumentację za „swój” problem. 

Przy okazji, zgadzam się z częścią krytyki „Codziennika Feministycznego” pod względem facetów w sukienkach, ale dla mnie różnica między „dude feminismem”, a społecznym darwinizmem to jednak są lata świetlne. 

Nadal jednak opinie spod znaku, „kto nie tknął pijanej niech pierwszy rzuci kamieniem”, albo „każdą kobietę się trochę gwałci”, oprócz lewicowo zorientowanych środowisk, przechodzą właściwie bez echa. Dlatego dalej zasypują nas smaczki w stylu „nie jestem za gwałceniem kobiet, ale ja już wam pokażę, jak nie ma kultury gwałtu”.

Ponowoczesny seksizm jest tak obszerny argumentacyjnie, że można by na jego bazie sklecić większe tomiszcza niż te dotyczące ideologii gender (gdyby „Fronda” podłapała pomysł, rezerwuję dla siebie część wynagrodzenia). Pierwszy tom teorii kultury gwałtu mógłby być relacją męża przytaczającego wyznania swojej żony. Bo „kobiety mówią o facetach to samo” i faceci „jakoś się nie obrażają”. I jakoś nas to nie obraża. Wszak „Mokra cipa” to na pewno znany przydomek wielu kapitanów drużyn futbolowych na całym świecie i najbardziej znana ksywa Mike’a Tysona. W dalszych tomach powinny znaleźć się informacje o tym, że w Szwecji więcej się gwałci. Tu będzie trzeba zwrócić uwagę na staranne pominięcie jakichkolwiek wiadomości o tym, ilu gwałtów nie zgłaszamy w Polsce i skrupulatne przemilczenie różnicy stopnia społecznego przyzwolenia na tego typu zachowania. Warto też zignorować całą otoczkę instytucjonalną wymierzoną przeciwko kobietom, które doświadczyły gwałtu. Niech nie myślą, że mogłyby go zgłosić bez narażenia się na osąd i niekompetencję policji (pisała o tym w swojej książce o gwałcie Zofia Nawrocka). Wiadomo, że wzrastamy w wyjątkowo pokojowo nastawionym otoczeniu. Nie wiedzą o tym tylko Norwegowie, którzy zabierają nam „nasze, polskie dzieci” przez proste do wytłumaczenia różnice kulturowe.

Jądrem publikacji demistyfikującej „kulturę gwałtu” powinien być rozbudowany rozdział antropologiczny. Pierwszy akapit mógłby wyglądać np. tak: 

Rzeczywiście, milion lat temu zaistniały pierwsze przesłanki do „molestowania”.

 Pewne postawy wynikały z prostej zasady, przeżycia i przekazania genów.

 On musiał być silny lub zaradny, by zapewnić jej i dzieciom żarcie i obronę.

 Ona musiała być młoda, zdrowa i odpowiednio zbudowana, żeby podołać ciąży i porodowi.

 I do tej pory kryteria urody i budowy są interesujące dla mężczyzn, a dla kobiet liczy się zaradność, zamożność oraz sylwetka.

Mam na myśli oczywiście pierwsze oceny i spojrzenia. Potem, gdy ludzie się poznają, inne walory liczą się bardziej.

Zresztą obie płcie hołdują tym instynktom. Kobiety strojem, makijażem zachowaniem starają się powiększać swoja atrakcyjność. Faceci samochodem, portfelem, władzą oraz napakowanym ciałem starają się na swój sposób być obiektem zainteresowania.

Od dawnych czasów swoje instynkty przypudrowaliśmy kulturą, moralnością, religiami i obyczajami.

Ale czasem zwierzak z nas wychodzi… 

Tylko dlaczego częstotliwość tego zezwierzęcenia różni się w zależności od kraju? Ktoś inny mógłby napisać moralistyczny esej w duchu „wujka dobra rada”:

Z drugiej strony. Ciekawy jestem, z kim i gdzie musiała się spotykać pani, która usłyszała hasło ‚Pij, będziesz łatwiejsza’. Raczej nie od przypadkowego przechodnia.

Najwidoczniej ktoś tu źle dobiera towarzystwo do zabawy.

Tak samo ze słowami „Jesteś moją żoną, to twój obowiązek.” – Sory kobieto, ale jak przyjęłaś oświadczyny takiego prostaka, to czyja to wina?

Nie żebym usprawiedliwiał takie zachowania bo są one niedopuszczalne i ordynarne, ale jeśli zawieracie związek, lub spotykacie się z takimi osobami, to do kogo mieć tutaj pretensje?

Nie wszyscy tacy są.

I te ku*wa strony na fejsbuniu, „łobuzy kochają bardziej”, a później płacz że uderzył, ale to chyba z miłości…

KOBIETY, WYBIERAJCIE ROZWAŻNIE„.

Parafrazując. „Kobiety, wiemy już, że to źle, że ktoś was molestuje, ale przecież same trochę wybieracie takich ktosiów ruszając się z domu (jak idziecie się napić), albo zostając w domu (jeśli wybrałyście złego męża), więc to trochę też wasza wina”.

Publikację na temat oszustwa „kultury gwałtu” mógłby kończyć lament wokół tego, jak feministki zepsuły mężczyznom dobry podryw. I teraz już nie wiadomo, kiedy się molestuje, a kiedy nie. Fragment mógłby brzmieć tak:

Będzie gorzej. Dzisiejsze gimnazjalistki przyzwyczajają swoich rówieśników do takich „zalotów”, a nawet są z nich dumne. Z drugiej strony nie wiadomo, czy zaloty naprawdę bardzo subtelne, życzliwe komplementy czy zwyczajne zaproszenie na randkę przez jakąś nawiedzoną feministkę nie zostanie odebrane jako molestowanie. Bardzo cienka linia… Ale miejmy nadzieję, że gatunek ludzki nie zaginie ze strachu przed oskarżeniem o molestowanie.

Krótka rada do autora fragmentu: ubieraj się stosownie do okazji, nie przebywaj w miejscach, gdzie ludzie piją alko, a najlepiej się nie odzywaj. Wtedy nie będziesz prowokował oskarżeń o to, że kogoś molestujesz.

Wszystkie przywołane wyżej klisze tłumaczące, dlaczego „to wcale nie kultura gwałtu” są najlepszym dowodem na to, jak mała jest świadomość tego, co może krzywdzić i jak bardzo kultura gwałtu jednak jest obecna. Ale może chłopcy chcą krzywdzić, bo krzywda zadana innym jest jednak mniej istotna od stawki w grze o bycie „fajnym zwykłym gościem”? Ewentualnie, „fajnym zwykłym gościem, który czasem nabroi”?

Opisuje to doskonale Jackson Katz w „Paradoksie Macho”. Na przykład we fragmencie dotyczącym gwałtu, którego dopuścił się Kobe Bryant (str. 290). Spotkał się on z dużym wsparciem ze strony kibiców i mediów. Jednocześnie kompletnie przemilczano w mediach perspektywę jego ofiary.

Ale przecież faceci tacy są. Lubią pierdolnąć seksistowski dowcip, rzucić obleśnym tekstem i gapić się na cycki. To część składowa ich męskości. To nie cechy nabyte. To czysta biologia.

Jako osoba o poglądach feministycznych odpowiedziałem już na taką ilość debilnych pytań i musiałem się ustosunkowywać do takiej ilości stwierdzeń zaczynających się od „wiem, że masz takie poglądy, ale sam powiedz, że…”, że czasami trudno samemu w to nie uwierzyć. Mam wrażenie, że przyznanie się do współczucia wobec osób doświadczających przemocy jest dla pewnej części gości zwyczajnie nie do pomyślenia – przynajmniej na płaszczyźnie deklaratywnej – bo jeszcze ktoś pomyśli, że są niemęscy, a więc są „pedałami”. Nie łudźmy się, świadomość społecznych i kulturowych korzeni przemocy to nie jest coś, co mamy przekazywane genetycznie, a coś, czego część mężczyzn wcześniej czy później może się nauczyć. Jeśli już dostrzegamy skalę poniżenia, z jaką spotykają się kobiety, to nie wiem, jak przy odrobinie empatii możemy nadal robić z siebie idiotów i rozprawiać na serio o determinizmie biologicznym. To się po prostu wyklucza. Nie wiem też, jak możemy mieć czelność wmawiania ofiarom przemocy, że nimi nie są, coś im się pomyliło i po prostu trafiły na chama, a nie normalnego.

Katarzyna Paprota napisała kiedyś tekst o książce Małgorzaty Halber pt. „Trzeba mieć w kurwę odwagi”, czerpiąc tę frazę zresztą od samej Halber. I z pewnością to samo można powiedzieć o bohaterkach spotu „Feminoteki”. Bo do konfrontacji ze słowami, które sprowadzają cię do funkcji przedmiotu trzeba mieć w kurwę odwagi. Więcej niż w przypadku zadawania się z „normalnymi gośćmi, którzy tylko czasem coś zbroją” i brzydzenia się osobami, które przez takich gości mają po prostu przejebane.

 

PS

Do tekstu wybrałem i tak stosunkowo łagodne komentarze, bo te postowane przez „mistrzów statystyki” już teraz mogłyby się złożyć na tekst o objętości jakiejś encyklopedii. „Skoro 85% doświadcza molestowania, to co z resztą? Reszta pewnie też by chciała, ale reszta to feministki, które są tak brzydkie, że nikt ich by nie chciał nawet kijem od szczotki….”.

Po pierwsze, 15% to całkiem przyzwoity wynik jak na złą prasę polskiego feminizmu. Po drugie, na bazie takiej argumentacji ponowoczesny seksizm wraca do swojego punktu wyjścia, bo „nie jestem seksistą, ale tym feministkom to by się kutas przydał i od razu do nich by doszło, że to przyjemne”. Przy okazji, trudno nie zauważyć, że w obiegowej opinii „feministka” jest brzydka z automatu. Nie ma chyba żadnej innej grupy tak restrykcyjnie prześwietlanej pod kątem urody. Wyobrażacie sobie np. wiernych w kościele wokół niedokładnie wykonanej figurki Matki Boskiej, z komentarzami w stylu : „No, tak, teraz zaczynam rozumieć, o co chodzi z tym jej dziewictwem”? Nie ma opcji.

 

Tekst ukazał się wcześniej na portalu "Codziennik Feministyczny".