Na początku chciałem wyrazić wdzięczność redakcji, że doprowadziła do publikacji tego tekstu i jego Autorowi, że zechciał się tutaj podzielić swoimi przemyśleniami. Nie dlatego żebym się zgadzał się tezami i przytoczonymi faktami, ale ponieważ sam od pewnego czasu nosiłem się zamiarem publikacji jakiegoś tekstu na temat nacjonalizmu, artykuł J. Grzybowskiego broniący nacjonalistycznej mitologii bardzo mnie zmotywował do zabrania głosu. Zamierzam wskazać na niekonsekwencje czy nawet błędy w rozumowaniu Autora oraz wykazać fałszerstwa nacjonalistycznej mitologii i uzasadnić dlaczego rozprzestrzenianie się nacjonalizmu jest groźne dla naszego bezpieczeństwa i dobrobytu.

Mój punkt wyjścia jest inny niż Autora tekstu - jestem socjologiem i politologiem, nie zaś teologiem ani etykiem – jestem też przeciwnikiem nacjonalizmu, niezależnie od tego na jakiej płaszczyźnie - politycznej, ekonomicznej czy kulturalnej – się on przejawia. Ale zawsze uważam by być obiektywnym, by analizować wszystkie argumenty za i przeciw i staram się traktować różne fenomeny społeczne z perspektywy osiągnięć nauk społecznych.

Zacznijmy od zdefiniowania założeń, które się przyjmuje analizując podstawy życia społecznego. Autor prezentuje stanowisko realizmu socjologicznego, tj. przekonanie, że istnienie pewnych całości społecznych, na przykład naród, jest niezależne od świadomości jednostek ich tworzących. Naród nie jest fikcją czy wymysłem, to coś realnego, jego istnienie należy do porządku natury. Nie wchodząc dokładnie w materię zagadnienia, zwrócę uwagę na to, że ta koncepcja jest przestarzała i rzadko jeśli w ogóle pojawia się w pracach naukowych. Przestarzała, bo nie odpowiada najnowszym osiągnięciom nauki, antropologii społecznej, historii i archeologii. Autor powołując się na Jacka Woronieckiego OP „naród jest przedłużeniem jednego rodu lub plemienia”. Otóż to twierdzenie w nauce jest powszechnie negowane. Według antropologów nawet plemiona nie są w pełni jednorodne etnicznie, a historycy dowodzą, iż każdy ze znanych narodów powstał w rezultacie dobrowolnego lub przymusowego połączenia różnych elementów etnicznych. Mit wspólnego przodka jest tylko i wyłącznie mitem.

Przeciwne stanowisko do realizmu socjologicznego zajmują zwolennicy koncepcji nominalizmu, którzy twierdzą, że wszelkie całości społeczne to fikcje, to manipulacje świadomością ludzką, a tym co naprawdę istnieje jest tylko jednostka ludzka. Istnieje jeszcze trzecie stanowisko mówiące, że całości społeczne takiej jak np. naród czy inteligencja albo opinia publiczna należą do kategorii „konstrukcji społecznych”, czyli są to fikcje, istniejące jedynie w świadomości jednostek lub w wytworach kultury, lecz ludzie, czasami nawet wbrew swojej woli, zachowują się tak jakby one faktycznie istniały. Nie ma tu miejsca by wyjaśnić mechanizm dzięki któremu konstrukcje społeczne powstały i funkcjonują. Zainteresowanych odsyłam do prac Anthony’ego Giddensa, dostępnych także w języku polskim. Naród z tego – który jest też moim - punktu widzenia określany jest jako „wspólnota wyobrażona” (twórcą tego pojęcia jest Benedict Anderson). Naród nie jest tylko fikcją, zbiorowość narodowa rzeczywiście istnieje, ale nacjonalizm fałszuje jej atrybuty: naród nie jest wspólnotą taką jak rodzina. W liberalizmie „opinia publiczna” posiada podobny status ontologiczny, co naród w nacjonalizmie.

Przyjmując pierwszy punkt widzenia definiujemy nacjonalizm jako wytwór narodu, albo jako samoświadomość członków narodu. Naród musiał dojrzeć, musiały zajść jakieś wewnętrzne przemiany by mógł się pojawić nacjonalizm. Z drugiej perspektywy nacjonalizm jest jedynie pewnym wzorem myślenia i zachowania wielu jednostek, członków zbiorowości terytorialnej nazywanej narodem. Zaś z trzeciej perspektywy nacjonalizm budzi zbiorowości przednarodowe, powołuje do życia naród - nacjonalizm to prąd umysłowy, powstały w określonych realiach historycznych i ulegający zmianom. To sposób myślenia i działania przyjmujący za punkt odniesienia istnienie tych wyobrażonych wspólnot.

Po tych wstępnych uwagach, definiujących różnice perspektywach ontologicznych moim i Autora, możemy rozpocząć analizę przedstawionego tekstu. Zacznę od odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule tekstu J. Grzybowskiego „Czy ideały nacjonalistyczne obalą społeczeństwo demoliberalne?” Odpowiadam: Ideały i idee nie są w stanie niczego obalić dopóki, dopóty nie znajdzie się grupa społeczna, która nie czuje się dobrze w danym systemie i ujrzy w postulowanym nowym porządku społeczno-politycznym szansę na poprawę swojej sytuacji. Mgliste i niejasne poglądy K. Marksa na społeczeństwo socjalistyczne nie stanowiły zagrożenia dla XIX-XX -wiecznego porządku politycznego dopóki, dopóty nie znaleźli się tacy działacze jak Lenin, którzy przełożyli je na język praktyki politycznej i zdołali przekonać do nich cierpiące z powodu kryzysu gospodarczego i politycznego masy chłopów, robotników i inteligentów. Ideologowie i prorocy nacjonalizmu są bezsilnie dopóki, dopóty nie mają oparcia w ludzkich masach.

Być może Autorowi chodzi jedynie o potencjalne niebezpieczeństwo jakie przedstawiają idee nacjonalizmu. W takim razie droga jaką obrał, tj. pokazanie „jakie nieporozumienia narosły wobec samego pojęcia nacjonalizmu” i danie odpowiedzi na pytanie „czy rzeczywiście ideały nacjonalistyczne (narodowe) stanowią realne zagrożenie dla demoliberalnej demokracji”, wydaje się być słuszna. Lecz wyjaśnienia które przedstawia bardziej zaciemnieją niż wyjaśniają nieporozumienia związane z narodem i nacjonalizmem.

Styl autora jest irrytująco chaotyczny i pokrętny, ale mimo tego idee mu przyświecające są jasne: chodzi o wykazanie, że nacjonalizm jest wyrazem postępu ludzkiego ducha, a słuszna krytyka może dotyczyć jego wypaczeń lecz nie niż istoty. Pisze, iż nacjonalizm „utożsamiany jest z ideologią absolutyzującą kategorię narodu i wywyższającą określony naród ponad inne […] To „zasada polityczna głosząca, iż jednostki polityczne winny pokrywać się z jednostkami narodowymi, a granice etniczne nie przecinały się z granicami politycznymi”. Rzeczywiście, wśród różnych postulatów nacjonalistów są i te twierdzenia. Lecz wyrwane z kontekstu społeczno-historycznego są niezrozumiałe. Dlatego warto wrócić do czasów, kiedy nacjonalizm się pojawił i rozpoczął podbój Europy.

Cofnijmy się do XVIII wieku, do czasów społeczeństwa stanowego, które choć znacznie osłabione,  wciąż istnieje. Władzę panującej dynastii legitymizuje religia. Lecz oświeceniowa filozofia kwestionuje władzę tradycji i religii. Jednocześnie poza podziałami stanowi rośnie w siłę nowa zbiorowość (kupcy, rzemieślnicy, przemysłowcy, ludzie pióra itd.), tzw. „trzeci stan”, która wkrótce rzuci wyzwanie uprzywilejowanym warstwom. Wielka Rewolucja Francuska to zwycięstwo trzeciego stanu, to zniesienie władzy arystokracji. To także ustanowienie zasady, że to naród – rozumiany jako wszyscy obywatele danego państwa - jest suwerenem i jedynym źródłem legitymizacji władzy.  Ścięcie króla było symbolicznym wyrazem początku panowania narodu jako suwerena. Napoleon rozpowszechnia idee narodowe w Europie i koronując się nadaje sobie tytuł Cesarza, lecz nie Francji, tylko Francuzów (czyli francuskiego narodu).

Wprawdzie wkrótce później w Europie następuje czas restauracji i powrót monarchii, a w Europie władzę obejmuje Święte Przymierze z Rosją jako głównym żandarmem, to jednak nowej idei nie uda się już zabić, przeciwnie rozprzestrzenia się ona na nowe tereny budząc wszędzie pragnienie zrzucenia obcych i znienawidzonych władców. „Wiosna Ludów” jest jej kulminacją. I jednocześnie ta walka przybiera internacjonalistyczny wymiar, wyrażony hasłem „za wolność waszą i naszą”. Ten romantyczny nacjonalizm odrzucając obcą, zewnętrzną władzę i kosmopolityczną arystokrację gloryfikuje zwykły lud i etniczność. Chociaż nacjonalizm narodził się w opozycji do religii to romantycy sakralizują walkę o suwerenność i sam naród. Przykładem niech będzie koncepcja Mickiewicza i Hoene-Wrońskiego „Polski jako Chrystusa narodów”.

Wiek XIX, wiek rewolucji, to jednocześnie wiek transformacji ekonomicznych i społecznych. Upadły bariery stanowe, pojawia się wewnętrzna migracja, wzrost kontaktów międzyludzkich, zwłaszcza handlowych. W odpowiedzi na potrzeby komunikacyjne wytwarza się jeden język, który stopniowo usuwa i zdominowuje lokalne dialekty. W drugiej połowie XIX wieku w zwycięskim Trzecim Stanie pojawia się rywalizacja i wewnętrzna walka. Rywalizujące grupy tworzą się w odniesieniu do języka, wyznawanej religii czy obyczaju. I o ile nacjonalizm narodził się jako sprzeciw wobec wykluczeniom, to nowy nacjonalizm wyklucza, odmawia uznania za swoje grupy mówiące innym językiem, wyznających inną religię, czy utrzymujących inne obyczaje. W tym sensie można się zgodzić z cytowanym przez Autora M. Królem: nacjonalizm rzeczywiście zdradził. Zdradził swoje pierwotne posłannictwo.

W Polsce narodziny nowego nacjonalizmu przypadają na czasy po powstaniu styczniowym. Jeśli w demonstracjach przed powstaniem studenci i rzemieślnicy żydowscy i polscy występowali wspólnie przeciwko władzy caratu, to po powstaniu, kiedy postępuje emancypacja żydowskiej ludności i żydowscy pracownicy stanowią konkurencję dla Polaków na rynku pracy, pojawiają się pierwsze większe antysemickie akcje propagandowe i pogromy.

Od przełomu XIX i XX wieku rozpowszechnia się koncepcja „nacjonalizmu integralnego”. W jej stworzeniu największe zasługi miał Roman Dmowski. Główna nowość tej teorii leżała w tym, że do nacjonalizmu włączono elementy teorii socjaldarwinizmu. W tym ujęciu wszystkie narody konkurują stale ze sobą i silniejszy naród wchłania (asymiluje) słabszy. Dmowski pisał, że nie można mieć pretensji do Bismarcka, że ciemiężył polski naród, bo to jest tak jakby mieć pretensje do lwa, że nie je słomy. Ale warto naśladować metody Bismarcka żeby stać się lwem wśród narodów. Dla Dmowskiego jeden wróg narodu polskiego był szczególnie niebezpieczny, Żydzi. Groźba z ich strony polegała na tym, iż żyjąc w różnych krajach, nie mając własnego państwa i jednocześnie będąc odporni na asymilację narodową, byli naturalnymi kosmopolitami, rozbijając od wewnątrz każdy naród. Tym samym antysemityzm nie jest przypadkowym gościem, to konstytutywny element nacjonalizmu integralnego.

Tym samym mamy trzy etapy ewolucji idei narodowej, trzy fazy rozwoju nacjonalizmu: nacjonalizm uniwersalny (obywatelski), nacjonalizm romantyczny i nacjonalizm ksenofobiczny (integralny). Problem w tym, że wszystkie te wersje występują we współczesnej kulturze i myśli. I co więcej, bywa tak że pojawiają się jednocześnie w myśli tego samego myśliciela. Zazwyczaj wzniosła retoryka romantyczna współistnieje z ksenofobicznymi postulatami. Współczesny nacjonalizm niczym rzymski bóg Janus ma dwa oblicza, to pierwsze wzniosłe, szlachetne i piękne, drugie zaś brzydkie, zawzięte i nienawistne.

Mając zarysowaną siatkę pojęciową, możemy wrócić do tekstu Jacka Grzybowskiego. W jego tekście oprócz mieszania różnych nacjonalizmów mamy jeszcze inny problem; normatywne postulaty lub tzw. pobożne życzenia współwystępują a nawet przeplatają się z opisem realnej rzeczywistości.

Obronę nacjonalizmu zaczyna on od argumentu, że negatywna ocena nacjonalizmowi została wystawiona przez „międzynarodówkę komunistyczną w latach powojennych, jak również przez niektóre elity polityczne w dyskursie europejskim i polskim po 89 roku”. Szczególnie interesująca jest tutaj ta wzmianka o międzynarodówce komunistycznej. Ciekawe, którą międzynarodówkę Autor ma na myśli: Trockiego czy Stalina? IV czy III Międzynarodówkę? A poza tym, to nie jest argument fair, to rodzaj erystyki - krytyka jakiegoś poglądu przez wskazanie, że osoby, które go głoszą nie są wiarygodne.

Dalej Autor pisze, że inne elity, zwłaszcza chrześcijańskie, przed II wojną światową reprezentowały nacjonalizm inaczej: dla nich „ochrona i promowanie określonych narodowych wartości, była czymś absolutnie naturalnym”. Następnie twierdzi, iż „nacjonalizm, jeśli nie przeczy prawom innych narodów i nie przekracza własnych uprawnień spełnia pozytywną rolę”. Z tym ostatnim, oczywiście, nie sposób się nie zgodzić, jednak to zdanie to postulat, a nie opis rzeczywistości. Problem w tym, że  nacjonaliści, także chrześcijańscy, którzy tak pięknie i wzniośle opisują własny naród, zwykle nie chcą dać prawo narodowego stanowienia innym ludom i narodowościom. Jako przykład podam, że jeszcze 1931 r. Jędrzej Giertych (dziadek byłego ministra w rządzie Jarosława Kaczyńskiego) odmawiał uznania Ukraińców za naród.

Rzeczywiście, nacjonaliści, protestują gdy siły NATO czy innych międzynarodowych koalicji czy organizacji atakują armię jakiegoś kraju, np. protestowali przeciwko wojnie w Iraku, przeciwko bombardowaniom Serbii itd. Ale wcześniej nie przeszkadzały im rzezie Kurdów czy szyitów urządzane przez irackie wojska … Nie protestowali, gdy Serbowie wypędzali i zabijali muzułmanów .. Nacjonaliści uznają prawo każdego narodu, do robienia porządków na własnym terytorium, a swojej ojczyznie. Niezależnie od tego, na czym te porządki mogą polegać …

Autor pisze, że „ludzkość można pojmować jako harmonię owych odcieni narodowych, ukształtowanych na wspólnym ogólnoludzkim podłożu. Wobec istnienia owych odcieni, istnieje prawo rozwijania ich. Oznacza to, iż naród ma prawo do istnienia, a tym samym ma obowiązek doskonalić się i wzrastać”. Tutaj pełna zgoda. Tylko dlaczego wyłącznie narodowi, a nie wszystkim grupom kulturowym (różnym mniejszościom i grupom etnicznym i religijnym) przyznaje się te wyjątkowe prawa? Unia Europejska jest w tej kwestii konsekwentna broni nie tylko naród, ale wszelkiej kulturowo-etnicznej różnorodności. Poza tym sprawa zbiorowości, które pretendują do tego, by być narodem. Na przykład: dlaczego z przywilejów zarezerwowanych wyłącznie dla narodów nie mogą korzystać ślązacy? Większość z nich uważa się za odrębny naród i żąda od władz Polski i Unii Europejskiego uznania i uszanowania tego dążenia.

Grzybowski twierdzi, iż „dzięki „naturalności i konieczności narodu jako wspólnoty”, mimo wciąż niesłabnącej propagandy kosmopolityzmu i mody na wielokulturowość, mamy dziś do czynienia z odradzaniem się myśli i tendencji nacjonalistycznych”. W tym zdaniu pojawia się kilka spraw, które należy oddzielić.

Po pierwsze, propaganda kosmopolityzmu i moda na wielokulturowość; cóż, kosmopolityzm jest w tym samym stopniu propagowany, co homoseksualizm lub ideologia „gender”- jeśli ktoś koniecznie chce, to może to zobaczyć lub usłyszeć w prawie każdym masowym medium. Tak dla jednej z prawicowo-narodowych posłanek w programach dla dzieci "Teletubbies" zawarta jest propaganda homoseksualizmu... 

Po drugie, naturalność i konieczność narodu jako wspólnoty. Naturalność narodu – ta teza – jak wcześniej pokazałem – nie ma żadnego uzasadnienia w faktach. Naród jest zjawiskiem historycznym, powstałym w określonych społeczno-ekonomicznych warunkach i nie ma żadnego powodu, by sądzić, że od teraz naród będzie trwał wiecznie. Zresztą i sam Grzybowski nie jest przekonany o tym, skoro pisze, że „narody i kultury mają przyszłość pod warunkiem budowania ich nie na racjach etnicznych, ale moralno-kulturowych”. Nie bardzo wiadomo, co Autor ma na myśli, bo skoro naród jest niezależnym ciałem społecznym, to nie mogą na jego kształt wpływać nawet najbardziej szlachetne apele...

Po trzecie, sprawa „konieczności” narodu. Tego nie da się skomentować jednym zdaniem, rozważenie problemu, czy zbiorowość narodowa stanowi wyższy etap rozwoju człowieczeństwa, wymaga więcej miejsca.

Grzybowski za Woronieckim głosi, iż naród ma „cel pedagogiczny – winien wychowywać obywateli do doskonalszego życia, wdrażając ich stopniowo do jednolitych usprawnień (obyczajów), które z kolei wszczepiają zbiorowości mocne więzi wewnętrznej jedności”. Można byłoby się z tym zgodzić, gdyby nie jedna kwestia. Nacjonalizm odrzuca zewnętrzną „kosmopolityczną” ocenę swoich obyczajów. W takim razie jak się odnieść do takich obyczajów, które są barbarzyńskie, poniżające i kaleczące pewne kategorie? Jak można akceptować na przykład rozpowszechniony w Afryce południowo-wschodniej obyczaj obrzezywania kobiet? Muszą istnieć jakieś poza narodowe normy odniesienia, które umożliwią nam ocenę, który z obyczajów jest postępowy a który nie. W istocie chodzi o odrzucenie kluczowej dla nacjonalizmu zasady „my country, right or wrong”.

Grzybowski dalej twierdzi, iż naród jest wspólnotą konieczną, bo jest to grupa z którą się identyfikujemy, w oparciu o którą budujemy swoją tożsamość. Słusznie głosi, iż „tożsamość jednak – chciana czy też budząca obawy – staje się konieczna, bo umożliwia nie tylko komunikację i myślenie, ale tworzy także podstawy kulturowego, politycznego i obywatelskiego życia”. Tutaj zgoda. Należy się tez zgodzić z tym, że tożsamość narodowa jest jedną z ważniejszych tożsamości człowieka. Tylko, że tożsamość składa się z dwóch procesów – identyfikacji i odróżnienia. Mówimy o sobie „My”, czyli jednoczy nas, innych członków narodu, wiele wspólnych cech. Ale też zawsze występują ci „Obcy”, od których my się różnimy. I o ile swój naród darzymy miłością, to inny naród, naszych wrogów, obdarzamy równie silną nienawiścią. Czy możliwa jest miłość do swoich pozbawiona nienawiści do obcych? Teoretycznie tak. Co więcej, współcześnie, nacjonaliści unikają deklaracji o nienawiści. Ale przecież ona, chociaż ukryta, istnieje. Zresztą, sam Autor przyznaje narodowi prawo do samoobrony. To znaczy, że są wrogowie przed którymi trzeba się bronić! Kibic wierny swojej drużynie, gotowy wiele dla niej poświęcić, doskonale zna zarówno przyjaciół jak i wrogów swojej drużyny. Kocha i jednocześnie serdecznie nienawidzi zwłaszcza drugiego zespołu z tego samego miasta. Ileż dni trwało, podjęta na wieść o śmierci Jana Pawła II, szlachetna zgoda kibiców klubów z Krakowa, Wisły i Cracowii? Kilka dni? Może trochę dłużej …