Prof. Bogusław Czarny wykładający w Katedrze Ekonomii SGH w swoim studium z 2004 r. dla wykładowców pt. "WIBID, WIBOR, REVERSE REPO, OUTRIGHT SALE..., CZYLI JAK TO SIĘ ROBI NA ŚWIĘTOKRZYSKIEJ" zadaje pytanie "Po co NBP przeprowadza te dziwne operacje?" przede wszystkim mając na myśli ustalanie stóp procentowych.

I odpowiada sobie i nauczycielom: "Celem jest hamowanie inflacji i zmniejszanie powodowanych przez inflację szkód (zahamowanie wzrostu gospodarczego, ograniczenie redystrybucji dochodów). Od poziomu stóp procentowych zależy podaż pieniądza w gospodarce i popyt na rynku dóbr. Im wyższe jest oprocentowanie, tym mniej kredytów zaciągają gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa oraz tym mniejszy jest popyt na dobra, co hamuje wzrost cen".

Najbardziej mnie interesuje opinia prof. Czarnego o działaniach NBP zmierzających do zmniejszania niekorzystnych efektów wywołanych przez inflację. I oto nadszedł 2014 rok, w którym ukręciliśmy łeb inflacji, a raczej to NBP wdeptał inflację w ziemię. A że życie gospodarcze nie lubi próżni, to spod trawnika wylazła deflacja i zastąpiła kuzynkę inflację.

 

Co to jest deflacja?

Jeśli spytalibyśmy się prezesa Głównego Urzędu Statystycznego, to moglibyśmy oczekiwać odpowiedzi, że to takie zwierzę, którego w zasadzie nie ma, bo jest ujemne i żadne formularze GUS tego nie przewidują, zwłaszcza te nastawione na badanie inflacji. Nawet prezes NBP Marek Belka w bieżącym miesiącu (kwiecień 2015 r.) mówił o "obniżaniu celu inflacyjnego", a więc posługiwał się terminologią nieaktualną, może nawet z nutką zniecierpliwienia, że deflacja nie poddaje się jego działaniom, czytaj nie chce sobie odejść skąd przyszła.

Można powiedzieć, że deflacja to jest takie zjawisko, które martwi rząd i cieszy ludzi. W lutym 2015 r. mówiło się, że deflacja jeszcze będzie nam towarzyszyć przez kilka miesięcy, a cała "nadzieja" w drożejącej ropie na rynkach światowych.

Nie wszyscy ekonomiści aktualnie odpowiadają za budżet państwa, bo szczęśliwie nie zasiadają w rządzie, więc mogą, jak prof. Jerzy Hausner z Rady Polityki Pieniężnej, który mówi, że Polska na tym skorzysta, mieć zdanie odrębne od rządu, a zbieżne z odczuciami społecznymi, iż deflacja to nie jest taka straszna. Czyli deflacja to coś takiego, co ponoć jest wśród nas, ale nikt tego nie widział i zwykłym zjadaczom chleba nie przeszkadza.

 

Co ma deflacja do podatków?

Nie trzeba tłumaczyć, że jest wiele rodzajów podatków. Z racji objętości tekstu skupię się na podatku pośrednim, tj. podatku akcyzowym ukrytym w cenie paliwa. Otóż rząd szybko, a nawet bardzo szybko, podniósł stawki akcyzowe na paliwo, aby zniwelować niższe wpływy z tego tytułu tuż po tym, jak w Polsce pojawiła się deflacja.

Dla czytelnika niezaznajomionego z terminem akcyzy podaję za Wikipedią, że "wprowadzenie podatku akcyzowego ma zadanie restrykcyjne". Przypominam tę ciekawostkę, gdy właśnie trwa walka ze smogiem w Krakowie. Urzędnicy miejscy z marnym skutkiem kombinują, jak zachęcić lub zmusić mieszkańców do palenia dobrym gatunkiem węgla w piecach. Tego węgla, który obłożony jest restrykcyjnym podatkiem akcyzowym przez ministra finansów, którego cele nie są zbieżne z władzą lokalną w Krakowie. Akcyza na węgiel kamienny wynosi 30,46 zł za każdą tonę, brunatnego - 11 zł, koksu - 35, 2 zł.

 

To jeszcze raz. Czy powinniśmy się cieszyć, czy martwić, z deflacji z punktu widzenia fiskalizmu?

Jeden z najpopularniejszych podatków dochodowych, tj. podatek od pracy, płacony według skali procentowej 18% lub 32%, w sektorze prywatnych przedsiębiorstw pozostaje w słabym związku ze zjawiskiem deflacji. Jeśli jednak rozważymy sektor publiczny i liczne wskaźniki wzrostu wynagrodzeń lub innych rodzajów uposażeń uzależnionych od wskaźnika inflacji, to przy deflacji powinniśmy zaobserwować mniejsze obciążenia budżetu z tego tytułu. Biorąc pod uwagę inercję systemu i fakt, że niektóre wynagrodzenia indeksuje się w oparciu o wskaźniki inflacji sprzed wielu miesięcy, to okaże się, że w początkowej fazie deflacji wynagrodzenia w sektorze publicznym mogą nawet rosnąć. Dopiero utrzymująca się przez wiele miesięcy deflacja może spowodować ustabilizowanie wynagrodzeń w sektorze publicznym. Po drugie, rząd nie ma możliwości, jak przy podatkach pośrednich, zmieniać skalę podatkową podatku dochodowego i w zasadzie może to uczynić raz w roku.

Natomiast niemal nieograniczone możliwości rząd zachowuje i w pełni je wykorzystuje w ustalaniu stóp podatków pośrednich w czasie deflacji, co już pokazał na przykładzie opodatkowania paliwa. Jeśli zagrożone byłyby cele budżetu państwa, to rząd nie cofnie się przed dalszą zmianą podatków pośrednich VAT lub akcyzy.

 

Jaki poziom deflacji jest groźny?

Wysoki poziom deflacji i zjawisko spirali deflacyjnej może być groźne dla nas wszystkich, także budżetu państwa. Czyli sytuacja, w której ludność i przedsiębiorstwa powstrzymują się z wydatkami, w tym z inwestycjami, licząc na dalszy spadek cen towarów i usług. Zmniejsza się produkcja. Zmniejsza się sprzedaż. Wówczas dochodzi do zjawiska zmniejszonej płynności na rynku i w ślad za tym potęguje się poziom deflacji. To może prowadzić do nawet zahamować wzrost gospodarczy.

 

Deflacja a kredyty i odsetki

Od kliku lat obserwujemy mniejszy popyt na kredyt lub jego stabilizację. Z tego powodu zjawisko deflacji nie wzmocniło lub w sposób znaczący nie nasiliło popytu na kredyt. Skłaniam się do twierdzenia, że statystyczny klient indywidualny nie uwzględnia deflacji, jako okresu sprzyjającego zadłużeniu kredytowemu. Kowalski częściej zadłuża się w bankach wówczas, gdy jest zmuszony, a nie czeka na dogodny moment na rynku do zaciągnięcia kredytu.

Niemniej bardzo bym sobie życzył, aby jakiś ekonomista przedstawił nam badania lub statystyki, z których moglibyśmy wyczytać zachowania kredytowe w czasie deflacji. Czy są takie badania?

Stawiam tezę niepopartą żadnymi badaniami, że ludzie nie traktują deflacji, jako sprzyjającego okresu do zaciągnięcia kredytu.

 

Czy lepsza inflacja od deflacji?

Tak uważa bardzo wielu ekonomistów. Laureat Nagrody Nobla z ekonomii Joseph Stiglitz w 2009 r. przestrzegał przed zbliżającą się Wielką Deflacją w świecie i proponował: "...obniża się powszechnie stopy procentowe [w USA], wtłacza miliony w plany stymulacyjne, ale to jeszcze za mało. Sporo się mówi o tym, że Waszyngton wpompował w gospodarkę ponad 700 mld dol., ponad bilion w wykup toksycznych długów od banków. To niby dużo pieniędzy. Ale tak naprawdę błąd polega na tym, że częścią tego planu – w wypadku USA – były po prostu wielkie cięcia i ulgi podatkowe. No więc w konsekwencji ludzie mają w kieszeni więcej pieniędzy. Tu wracamy do pierwszej kwestii. W obliczu kryzysu, a dalej kiełkującej deflacji ludzie zaczną oszczędzać i nic już nie będzie stymulować gospodarki".

Dla niektórych ekonomistów wstrętne są wszelkie cięcia kosztów. Wydaje się, że lewicujący ekonomiści mają jedną rękę, tę od hojnego rozdawania.

 

Deflacja ma wiele obliczy. Jeśli czytają mnie ekonomiści, to proszę o wypowiedzenie się na temat tego, czy deflacja jest zjawiskiem pożądanym.

Jeśli ekonomiści to w ogóle wiedzą.