Pomimo usiłowań wielu intelektualistów czy środowisk progresywnych bądź konserwatywnych dokonanie trzech rozbiorów na istniejącym od ponad 800 lat organizmie politycznym państwa polskiego - nie znalazło zrozumienia w żadnym gremium i u żadnego z przedstawicieli życia politycznego czy nawet duchowego Europy. Założenie było następujące: jeżeli od czasów H. de Groota organizmy państwowe traktujemy jako samoistne podmioty prawa - to w przestrzeni międzynarodowej każdy podmiot tego rodzaju - zasługuje na ochronę i poszanowanie w myśl norm prawa stanowionego oraz zaakceptowanych idei prawno-naturalnych. Państwom tak jak i jednostkom nie powinno odbierać się możliwości istnienia, gdyż sprzeciwia się to wszelkiemu porządkowi naturalnemu, etycznemu i staje się trwałym źródłem zagrożeń dla prawa stanowionego.

Pierwszym politykiem formatu światowego, który zgodził się z takim rozumowaniem był prezydent St. Zjednoczonych W. Wilson. Znamienne, że tego rodzaju argumentacji nie przyjął żaden z papieży, nawet Jan Paweł II i nie uczynili wnioskowania prawno-naturalnego - twórczym elementem teologii pokoju.

Przyczyny rozbiorów Pierwszej Rzeczpospolitej jest wiele i mogą one zostać sklasyfikowane na kilku płaszczyznach: ustrojowej i geopolitycznej, na płaszczyźnie słabości gospodarczej społeczeństwa Rzeczpospolitej a co za tym idzie organizmu państwowego, kulturowo-społecznej związanej z niemożliwą do przezwyciężenia segmentacją narodu.

Tymczasem współcześnie nauczany przedmiot Historia Państwa i Prawa Polski bazuje na dwóch miłych dla dumy narodowej mitach, tyle, że nie zgodnych z prawdą historyczną. Pierwszy z nich to mit Konstytucji 3 maja, a drugi to mit Polski jako oazy tolerancji, wolności i harmonijnego współżycia wszystkich osób różnych stanów i konfesji.

Konstytucja 3 maja jako ustawa zasadnicza była rzeczywiście drugą w świecie po konstytucji Stanów Zjednoczonych i została wydana trzy miesiące wcześniej niż francuska ustawa zasadnicza z 3 Wrześna 1791 roku. Jednakże w treści, literze prawa i w zakresie swobód obywatelskich nie przypominała żadnej z nich.  Utrwalała podziały stanowe określając uprawnienia i obowiązki dla każdego z nich osobno. Reformowała funkcjonowania urzędów centralnych jednak, gdy chodzi o osoby innej konfesji niż katolicka odbierała im pełnię praw obywatelskich, co było pretekstem do interwencji dla państw ościennych. Akt konstytucji 3 maja uzupełniał dekret o miastach, który znosił najbardziej  widoczne restrykcje wobec mieszczan, np. zezwalając im na kupno ziemi, ale nawet traktowane te dwa dokumenty jako całość okazały się dalece niewystarczające. Ponadto warto przypomnieć, że w pierwszej Rzeczpospolitej słowem „konstytucja” określano każdą ustawę sejmową. Można i należało by przeprowadzić badania semantyczno- historyczne nad tym pojęciem w Europie od czasów rzymskich i dopiero z tej perspektywy można by ocenić wkład sejmowładztwa I Rzeczpospolitej do procesów jurydyzacyjnych w na naszym kontynencie [1].

Drugi mit Rzeczpospolitej „idyllicznej” pełnej swobód, tolerancji, pokoju i wzajemnego poszanowania wynikał z dwóch przyczyn. Po pierwsze uprawnienia szlachty i arystokracji w ramach posiadanych przez nich dóbr były większe niż gdzie indziej. Norman Dawies w rozmowie z R. Sikorskim formułuje to następująco:

„Radek Sikorski: — A więc zgodziłby się Pan z twierdzeniem, że Polska była krajem tolerancji?

Norman Davies: — Ja bym tego tak nie określił. Niektórzy polscy historycy sugerują, że Polacy byli w jakiś sposób bardziej tolerancyjni od innych narodów. To nie było tak. Bardzo często, gdy polski biskup, sąd ziemski czy król dostawał w swoje ręce kogoś, kogo uważano za niebezpiecznego heretyka, to palono go na stosie lub uśmiercano w inny sposób, tak jak w innych krajach. Heretyków palono na Starym Rynku w Warszawie jeszcze w XVII wieku, Żydów tracono za apostazję, tak samo jak Żydzi surowo karali tych, którzy chcieli porzucić judaizm i przyjąć chrześcijaństwo. Polacy niekoniecznie byli bardziej tolerancyjni niż inni, lecz po prostu ich system rządów był tego rodzaju, że uniemożliwiał organizowanie jakichś ogólnych prześladowań. Władza szlachciców w ich własnych folwarkach była tak wielka, że mogli uniemożliwić funkcjonariuszom państwowym czy kościelnym ingerencję w życie religijne ich poddanych. Gdy największy książę Litwy — Radziwiłł — zdecydował się przejść na kalwinizm, wszyscy kalwini w Polsce skupili się pod jego opieką i trudno było ich prześladować. Różnorodność była nie tylko przyprawą życia, lecz także ratunkiem w potrzebie" [2].

Drugi powód był niestety bardziej prozaiczny - dopóki zamożność folwarków szlacheckich i majątków magnaterii była znacząca w XVI i XVII - wiecznej Europie panowała względna homeostaza i pokój wewnętrzny w Rzeczpospolitej. Był on co prawda rozdzierany swarami na tle politycznym ale mimo to możliwości konsolidacji  zasobów zarówno przez dwór panującego jak i przez społeczeństwo stanowe były nader istotne. Tolerancja nie wynikała z jakiejś szczególnej cechy charakteru słowiańskiego ale z ogólnego poziomu względnie wysokiej zamożności. W XVIII wiecznej Polsce nastąpił krach zamożności szlachty i arystokracji, co posunęło spadek zasobności w całym społeczeństwie. Zachodnioeuropejscy i polscy badacze, którzy w latach osiemdziesiątych XX wieku prowadzili badania nad obrotem towarami w Europie nowożytnej w mgławicy domysłów, dotyczących genezy kapitalizmu w Europie traktowanej jako całościowy organizm, ustalili kilka niezbitych faktów.

Rzeczpospolita pod koniec czternastego i w piętnastym stuleciu była nieco bardziej zamożna niż reszta Europy (ok. 15 do 20 procent globalnie liczonego produktu). Nie miała strat ludnościowych z powodu krucjat, nie trawiły nas długoletnie i niesamowicie wyniszczające wojny (jak np. wojna stuletnia między Anglią i Francja), ominęła nas epidemia dżumy endemicznej - czarnej śmieci. Pełną parą pracowały kopalne złota na Śląsku w Czechach, na Morawach i w pobliżu Krakowa (Olkusz, Złotoryja, Bańska Szczawnica). Złoto było pierwiastkiem służącym do zabezpieczania gospodarstw nawet chłopskich [3]. W XV wieku nastąpiło przywiązanie chłopa do ziemi i odebranie tej warstwie wielu elementarnych, nawet wcześniej przysługujących jej praw. Zamożność skupiła się w rękach szlachty i możnowładców, co stanowiło około 10 % społeczeństwa. Zamożność polskiego dworu królewskiego  (królewszczyzny) oraz majątki magnaterii była niezwykła. Polscy władcy byli znanymi mecenasami sztuki, pisali na ich cześć specjalnie skomponowane utwory najważniejsi kompozytorzy epoki baroku (J. S. Bach, A. Vivaldi, A. Scarlatti, G. F. Telemann). Jednocześnie w Rzeczpospolitej pomimo rozdzierających ją antagonizmów nie było takiej przepaści między monarchą panującym a możnowładztwem, jak np. we Francji. Istniał zwyczaj wzajemnego, okolicznościowego obdarowywania się drogimi podarunkami. Współcześnie trudno jest ustalić zasięg mecenatu polskiego dworu królewskiego i tego samego rodzaju aktywność arystokratów, zwłaszcza, ze badania dotyczące tych ostatnich przez wiele dziesięcioleci były źle widziane i nie mogły liczyć na wsparcie instytucji w PRL [4].

W pierwszej połowie osiemnastego stulecia ten stan rzeczy ulega gwałtownemu załamaniu. Jeszcze na przełomie wieków XVII i XVIII kompanie angielskie i holenderskie organizowały jesienne (po żniwach) ekspedycje kupieckie do Rzeczpospolitej. Składały się z kilkunastu wozów i wynajętych strażników dla ochrony przed rabusiami. Kilka dekad później polskie zboże przestaje znajdować nabywców i jego cena gwałtownie spada. Bez względu na środek transportu - drogą morską czy lądową nie opłaca się jego masowy eksport do rosnących w zamożności państw Zachodu [5]. Opłacalna pozostała jedynie uprawa pszenicy w wielkich  latyfundiach na Ukrainie i te ziemie zostały głównie Rzeczpospolitej odebrane w pierwszym rozbiorze. Odtąd cała Ukraina będzie się rozwijać jako terytorium integralnie rosyjskie, gdzie zamożni Rosjanie i Żydzi założą port czarnomorski w Odessie.