Oczywiście w takich poradnikach są różne rady. Na przykład sentencja „Nigdy nie przegap okazji, żeby powiedzieć drugiemu człowiekowi, że go kochasz”, jest piękna i warto ją stosować, ale już rady typu „akceptuj ból i rozczarowanie jako część życia” albo „miej niskie koszty własne” są puste, bo nie uwzględniają konkretnego człowieka z jego uwarunkowaniami.

Jeśli człowiek będzie poważnie podchodził do samego siebie, to żadnych poradników nie będzie potrzebował. Jeśli szuka rad w takich książeczkach, to znaczy, że jest niedojrzały emocjonalnie, a także intelektualnie, więc niech się weźmie za siebie, a nie szuka po księgarniach doskonałych recept, jak mieć przyjemne życie, dużo pieniędzy, dobry związek małżeński i udane dzieci. Dzięki poradnikom można uruchomić pralkę czy komputer, ale nie swoje życie. Tu jedyna droga, to poznać samego siebie i dzięki temu móc się doskonalić. To z kolei daje szansę otworzenia się na drugiego człowieka – poznania także jego i służenia mu rzeczywistą pomocą, a nie pustymi słowami.

Zdarzają się niestety w naszym życiu sytuacje skrajne: utrata pracy, ciężka choroba, śmierć bliskiej osoby. Człowiek potrzebuje wtedy szczególnego wsparcia, pomocy drugiego człowieka. Jak możemy mu radzić, jak pomóc? To bardzo trudny problem. Dawanie rad w ciężkich chwilach może być chybione, a nawet niebezpieczne. Nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że pociąga to za sobą pewną odpowiedzialność za to, co mówimy, za tego człowieka. Łatwo jest dawać rady, bo to nic nie kosztuje. Powinniśmy raczej nastawiać się emocjonalnie na osobę potrzebującą, cierpiącą. Otaczać ją pewnym rodzajem uczuciowego ciepła, być z nią blisko, stwarzać jakieś poczucie bezpieczeństwa, ale nie dawać prostych rad: „powinieneś zrobić to, nie robić tego, to musisz robić…”.

Takie rady nie zawsze się sprawdzają. Musielibyśmy być w takiej samej sytuacji, aby sformułować radę rzeczywiście skuteczną. Wynika z tego ważny wniosek: w chwilach ciężkich człowiek z natury rzeczy zdany jest na samego siebie. Ktoś drugi może mu pomóc przede wszystkim tą bliskością, otwartością na niego. Ale to jest wszystko. Ostateczne oparcie człowiek znajduje lub nie znajduje tylko w sobie. I musimy – każdy z nas powinien – wyrobić w sobie jakiś trwały fundament, na którym może się oprzeć. A co może być tym fundamentem, jak go budować, także zależy od uwarunkowań, z jakimi przychodzimy na świat. Dla jednego takim mocnym fundamentem może być jego wiara, dla drugiego – poczucie własnej godności, dla innego – przyszłość związana z rodziną: że „mnie się może nie wiedzie, jestem ciężko chory, ale przecież coś zrobiłem w tym życiu, pozostawiłem jakiś ślad po sobie, to będzie trwało w moim potomstwie”. Słowem, tu również nie ma jednej recepty, co może być takim fundamentem. Każdy musi znaleźć na to odpowiedź w sobie samym.

Parafrazując słowa z Biblii, możemy powiedzieć, że należy budować fundament na skale – bo tu chodzi o coś trwałego. Jeśli człowiek zaczyna taki fundament budować, to albo go zbuduje i będzie to coś trwałego, albo mu się to wcześniej czy później rozsypie. Przykładowo – albo człowiek ma silną wiarę i wtedy w niej trwa, to jest dlań oparcie, albo przeżywa ciągłe wahania, rozterki i powinien się wtedy zastanowić: może potrzeba mu czegoś innego? Ale czego? Nikt mu nie da odpowiedzi na pytanie, co mu jest potrzebne. Co najwyżej może pomóc w znalezieniu – emocjonalnie, bliskością, ludzkim ciepłem, rozumną argumentacją – ale bezpośrednio każdy musi jej udzielić sobie sam. Taka jest konstrukcja tego świata. Są w nią wpisane przemijanie czasu, starzenie się, choroby i cierpienia, porażki i krzywdy, wreszcie śmierć. Często pytamy, dlaczego tak jest, i zastanawiamy się, czy można znaleźć odpowiedź w oparciu o fundament swoich wartości. Ale ostatecznej odpowiedzi, dlaczego świat jest urządzony tak a nie inaczej, nie uzyskamy, przynajmniej teraz, w tym doczesnym życiu. Być może uzyskamy ją w życiu przyszłym. Ale uzyskamy ją, jeśli życie przyszłe istnieje. Bo jeśli nie istnieje, to też nie uzyskamy. Bytowanie doczesne jest bytowaniem w niepewności. Nic na to nie poradzimy.

To dlatego filozofowie od wieków zastanawiali się, jaką przyjąć postawę wobec życia i tego bytowania w niepewności. Większość z nich mówiła, że człowiek powinien mieć ową perspektywę własnego kresu, do którego nieuchronnie zmierza jego życie, a filozoficzne myślenie o świecie i człowieku miało przygotowywać do odejścia z tego świata, do przejścia w coś nowego, w jakiś inny wymiar. Ale byli też filozofowie – co prawda w mniejszości – którzy sądzili, że człowiek nie powinien rozmyślać o śmierci, tylko o życiu. Powinien po prostu żyć. To nie tylko carpe diem, czyli korzystaj z radości życia, ale także: nastaw się na to, co jest jego codziennym trudem. Którzy z nich mają rację?

Niektórzy z nas skłaniają się ku poglądowi filozofów, którzy mówią, że myślenie o zbliżającym się kresie nie powinno dominować; że człowiek powinien nastawiać się na swoją chwilę bieżącą. Ale inni sądzą, że należy o tym myśleć, po prostu dlatego, aby być przygotowanym. Ta różnica poglądów odzwierciedla różnicę charakterów, nadto zaś należy zważyć, że nasz stosunek do zbliżającego się kresu życia zmienia się w miarę mijającego czasu.

Gdyby jednak ktoś nalegał, bym wskazał, jaka jest moja recepta na życie, to dla uwiarygodnienia własnych rozważań powinienem ją podać. Otóż moją osobistą receptą jest postawa epikurejska, w jej dobrym, właściwym sensie. Istotą tej filozofii jest umiejętność wyrobienia w sobie zdolności, by cieszyć się tym, co mam aktualnie, a nie myśleć o tym, co mieć mógłbym, chciałbym, nie mam. To bardzo proste. Jeśli jestem bogaty i stać mnie, by co rok zmieniać samochód na najnowszy model, to robię to i cieszę się życiem. Ale jeśli stać mnie na przeciętny samochód raz na dziesięć lat albo tylko na rower, to także się cieszę, że mam środek lokomocji, którym mogę dojechać do pracy czy wybrać się w plener. Po prostu cieszę się tym, co mam. A człowiek zawsze coś ma, choćby samego siebie.

Mógłby ktoś poczynić zastrzeżenie: czy nie zmącają tej pogody tkwiące w naturze człowieka namiętności: chciwość, zawiść, zazdrość? Zastanówmy się: jeśli trawi mnie zawiść, że ktoś ma coś, czego ja nie mam, to najpierw muszę sobie uświadomić: ja zazdroszczę, ja jestem zawistny. Jak sobie to uświadomię, to mam szansę się tego pozbyć. Bo naprawdę, czy to takie ważne, że sąsiad ma dom trzy razy większy od mojego? To ma i trzy razy więcej kłopotów, więc ja się cieszę, że ich nie mam. A przede wszystkim bogaty dom nie czyni bogatym mojego wnętrza, nie uczyni mnie lepszym człowiekiem.

Oczywiście, bywają w życiu takie sytuacje, taki poziom cierpienia, że człowiek nie potrafi już znaleźć punktu oparcia. Prawdą jest, że cierpienie może dawać coś pozytywnego, może nas doskonalić, ale tylko do pewnego punktu, do pewnego natężenia. Bywa i tak, że cierpienie osiąga taki poziom, że już nic nie da się zrobić. W żaden sposób człowiek nie może przekształcić tego cierpienia w coś pozytywnego. To również zależy od charakteru, od uwarunkowań człowieka. To, co dla jednego jest jeszcze dość niskim poziomem cierpienia, dla innego jest już wysokim.

Dlatego w takich chwilach, kiedy już nikt nie może pomóc, kiedy nawet nie wolno dawać żadnych dobrych rad, bo ktoś przepełniony cierpieniem nie jest w stanie ich przyjąć – człowiek cierpiący może i powinien zastanowić się nad tym, czy tego poziomu tolerancji cierpienia nie uda mu się podnieść. Jednak bywa i tak, że to już nie jest możliwe; że naprawdę nie da się nic zrobić. To jest wtedy nieszczęście, tragedia. To wielu z nas dotyka i na to nie ma żadnej rady. Niektórzy w sytuacjach skrajnych popełniają samobójstwo. Wtedy przypomnijmy sobie słowa Ewangelii: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. Bo w takich chwilach, kiedy już nic nie może pomóc, człowiek pozostaje sam na sam z Bogiem. Nikt z ludzi nie ma prawa go oceniać. Co najwyżej samych siebie – czyśmy zrobili wszystko, aby mu pomóc.

Można zapytać: a jeśli człowiek nie wierzy w istnienie Boga? Niewierzącemu jest trudniej, bo wierzący ma nadzieję na inne życie. Dla człowieka przekonanego, że życie doczesne jest jedyne, nie ma takiej nadziei. Musi więc wyrobić w sobie jakąś inną, silniejszą podstawę oparcia. Ale i w przypadku wierzącego zauważmy: jeśli przyjdzie poważna choroba, to i dla niego nie jest to sygnał do radości – choć przecież powinna przepełniać go radość, że oto niedługo spotka się z Bogiem. Nie, to jest sygnał, że trzeba jak najszybciej udać się do lekarza, ratować zdrowie i życie. A więc bądźmy pokorni także wobec własnej wiary. Nie bądźmy zarozumiali, że „ja wierzę, ja jestem przekonany”, bo to też jest zawodne.

Oczywiście, wszystko, co tutaj powiedziałem – powiedziałem od siebie. Takie jest moje odczuwanie świata, siebie i drugiego człowieka; takie jest moje rozumienie życia. Ktoś inny może mieć inne rozumienie. To co mówię, nie jest więc przekazem uniwersalnych rad, ale tego, co w moim najgłębszym przekonaniu jest słuszne dla mnie i dla ludzi, którzy rozumieją i czują podobnie. Więc może się komuś przyda ku przemyśleniu. Mam świadomość, jak bardzo zły jest ten świat, jak bardzo kruche jest nasze istnienie. Dlatego jestem pesymistą.

A przecież w tym złym świecie możemy mieć w miarę dobre życie. Podobno stara mądrość żydowska żartobliwie głosi, że człowiek z prochu powstaje i w proch się obraca, ale między jednym a drugim dobrze jest pojeść sobie, popić, zabawić się i korzystać z życia. Dlatego jestem optymistą.

Można zatem być optymistycznym pesymistą.

Trzeba tylko umieć cieszyć się z dobra, które jest nam dawane, i mieć świadomość, że w jednej chwili może ono zostać nam zabrane.