Kim jest prezydent Rosji, Władymir Władymirowicz Putin? Jedni powiadają, że jest wcieleniem Stalina i Hitlera jednocześnie, że stanowi zagrożenie dla naszej cywilizacji, naszych wartości, naszego sposobu życia. Inni twierdzą, że ze swojej natury Putin jest politykiem demokratycznym, liberalnym i europejskim. Ponieważ działa w społeczeństwie w którym w XX wieku demokratyczne rządy przetrwały zaledwie kilka lat, w którym istnieje wielowiekowa tradycja silnej i autorytarnej władzy, z konieczności musiał się do tych warunków dostosować. Jak jest naprawdę? Tak jak to zwykle bywa – prawda leży pośrodku. Przynajmniej taki jest mój pogląd. Kilkanaście ostatnich lat uważnie śledziłem karierę Putina, czytałem wszystko co było dostępne na jego temat i mam wrażenie, że poznałem go znacznie lepiej niż duża część wypowiadających się w polskiej telewizji „ekspertów”. Chociaż – muszę uczciwie przyznać – że W. Putin pozostaje dla mnie wciąż zagadką.

Być może dlatego, że Putin jest aktorem, i to raczej dość słabym. Pewnie dlatego, że scenarzystów nie dobrał sobie najlepszych. W każdym razie jego wystąpienia nie spójne, w przedstawiane tezy czasami są sprzeczne z treściami głoszonymi zaledwie kilka tygodni wcześniej. Ot choćby sprawa tych tzw. zielonych ludzików, rosyjskich żołnierzy na Krymie. Przez kilka tygodni Putin i jego ludzie utrzymywali, że o żadnych rosyjskich żołnierzach być nie może. Oczywiście, na Krymie są rosyjscy marynarze i żołnierze, ale tylko na przepustce lub urlopie, co nikogo nie powinno dziwić. Wszak w Sewastopolu jest baza marynarki wojennej, a Krym jest wymarzonym miejscem do wypoczynku. Natomiast uzbrojeni po zęby ludzie, w żołnierskich uniformach, którzy zajęli rządowe budynki, to zwykłe miejscowe chłopaki, którzy skrzyknęli się by bronić swoją małą ojczyznę przed najazdem faszystowskich hord z kijowskiego Majdanu. Aż tu nagle w wywiadzie dla francuskiego czasopisma Putin niespodziewanie przyznał: Tak to byli rosyjscy żołnierze, wezwani przez miejscowe władze, dla obrony przed bojówkarzami Prawego Sektora i zapewnienia niezakłóconego przebiegu referendum w sprawie przyszłości Krymu… Być może za miesiąc lub dwa Putin przyzna to, co dla wielu jest oczywiste, na ukraińskim Donbasie oprócz rosyjskich ochotników, Czeczenów i dońskich kozaków są także rosyjscy zawodowi żołnierze … Oczywiście, tylko dla ochrony ludności cywilnej….

Ci w Polsce, którzy rysują Putina jak wojowniczego szaleńca, opętanego nienawiścią do Zachodu, zapewne nigdy nie słuchali wystąpień rosyjskich parlamentarzystów i państwowych działaczy. W przeciwieństwie do swoich zwolenników Putin nie używa ostrych słów wobec USA i innych przeciwników Rosji. Jego wystąpienia zawsze są emocjonalnie stonowane i racjonalnie uargumentowane. I chociaż telewizja rosyjska jest zdominowana przez państwowe kanały i stacje telewizyjne (opozycyjna telewizja dociera do zaledwie kilku procent widzów) i we wszystkich programach słyszy się tę samą propaństwową propagandę, to jednak na corocznych spotkaniach z Putinem zawsze znajdą się ludzie którym pozwala się na zadanie kilkunastu niewygodnych pytań. Co więcej, W. Putin nie unika ich, zawsze odpowiada. Oczywiście, odpowiedzi nie są takie jakich oczekiwaliby opozycjoniści, niemniej jednak fakt, że je zadano w obecności milionów widzów, świadczy, że reżim z jakichś względów dopuszcza istnienie takiego „wentyla wolności”.

Władymir Putin też studzi co gorętsze głowy w swoim obozie. Na ostatnim spotkaniu Putina ze społeczeństwem główny propagandzista Kremla, Dymitr Kisiliow w krasomówczym zapale powstawanie baz NATO w Europie i Azji porównał do żelaznej obroży, która coraz mocniej zaciska się na gardle Rosji. I mówiąc to chwycił się za szyję, by zobrazować ten ucisk duszenia Rosji przez NATO. W odpowiedzi Putin złośliwie skwitował jego animatorskie zdolności - powiedział „Skoro ma Pan trudności z oddychaniem, to trzeba iść jak najszybciej do lekarza...”.

Po niektórych wystąpieniach Putina krótko ma się złudzenie, że rzeczywiście on jest liberałem i demokratem, tylko nie panuje nad swoimi urzędnikami. Czyli tak jak w starym rosyjskim powiedzeniu, Car dobry, tylko otaczają go źli bojarzy. Lecz minie dzień, dwa czy może tydzień i okazuje się, że nic się nie zmieniło. Weźmy jako przykład losy kanału „Dożdż”. To mała stacja telewizyjna, dostępna jedynie dla osób posiadających dekodery. Lecz znaczenie Dożdżu polega na tym, iż jest to opozycyjna stacja telewizyjna, jedyna, która ośmieliła się podważać rosyjskie racje zajęcia Krymu i pozwoliła by ukraińska wersja wydarzeń była upowszechniana (z konieczności - na małą skalę) w Rosji. Dożdż był wielokrotnie krytykowany i straszony możliwością odbioru pozwolenia na medialną działalność. Ale jakoś wciąż jakoś funkcjonował. Aż do czasu pojawienia się na programu o oblężeniu Leningradu przez Niemców. Autorzy zadali pytanie swoim widzom: czy nie lepiej było poddać Leningrad, który nie miał poważnego strategicznego znaczenia, i tym sposobem uratować życie kilkuset tys. jego mieszkańców. I wtedy przeciwnicy Dożdu uznali, że jest to właściwy moment by zniszczyć opozycyjną stację. Bo obrona Leningradu w mitologii wojennej Rosji pełni podobna rolę, co Powstanie Warszawskie w Polsce. Również i u nas były głośne głosy oburzenia na tych, którzy się ośmielili kwestionować sens wywołania Powstania Warszawskiego. Ale na szczęście, w Polsce, wciąż mamy wolność słowa i narodowcy nie są w stanie karać za nawet najbardziej „antypatriotyczne” opinie. Natomiast w Rosji rozpoczęła się kampania prasowa przeciwko Dożdowi. Operatorzy sieci zaczęli odłączać Dożd z kablówek w reakcji na jakoby masowe protesty widzów. I wtedy kiedy wydawało się że już nic nie uratuje ostatniej opozycyjnej stacji niespodziewanie Dożd pochwalił Putin. Co więcej, Prezydent wyraził nadzieję, że stacja pomimo trudności utrzyma się na rynku. Jego słowa nie zmieniły trudnej sytuacji opozycyjnej stacji, ale przynajmniej został powstrzymany jej upadek. Być może władzy potrzebny jest słaby, o minimalnej oglądalności Dożd, jako dowód, że w Rosji wciąż można krytykować władzę.

W Rosji władza coraz mocniej ideologicznie podpiera się rosyjską prawosławną Cerkwią. Od przyszłego roku lekcje w szkołach będą się zaczynać od wysłuchania hymnu i zostanie wprowadzony nowy przedmiot: lekcje kultury prawosławnej. Władymir Putin coraz częściej stara się grać na patriotycznych i prawosławnych emocjach, chociaż nie zawsze mu to wychodzi. Na przykład w swoim wystąpieniu uzasadniającym przyłączenie Krym do Rosji stwierdził, że to miejsce dla Rosjan jest równie święte, jak dla Żydów wzgórze świątynne w Jerozolimie, bo tutaj książę Kijowski, Władymir, przyjął chrzest, dając początek nowemu społeczeństwu, nowej prawosławnej cywilizacji. Problem w tym, że historycy nie są pewni czy rzeczywiście Władymir przyjął chrzest na Krymie. Ponadto, przez następne kilka wieków w ruskich kronikach nie ma żadnej wzmianki o Krymie. Tak więc jeśli nawet Władymir przyjął chrzest na Krymie to miejsce zostało wybrane przypadkowo i z całą pewnością nie można mówić o jakiejś jego sakralizacji w kulturze prawosławnej.

Jaki z tego wniosek? Sądzę, że jest to świadoma gra wizerunkowa: Władymir Putin stara się przedstawić zachodnim obserwatorom jako liberał i demokrata. Przypominają się czasy socjalizmu, kiedy stosowano podobną propagandową taktykę: czy to w czasach Gierka czy Jaruzelskiego, zawsze państwowa propaganda nagłaśniała wystąpienia radykalnych polityków nawołujące do zaostrzenia kursu wobec opozycji, do wzmocnienia cenzury, ograniczenia wolności słowa i zgromadzeń itd. Itp. Na takim tle każdy przywódca zawsze wyglądał jak liberał i demokrata. Reasumując, można przyjąć, że za rządów Putina Rosja stała się krajem autorytarnym, który udaje demokrację. Podstawowe instytucje demokracji przedstawicielskiej z czasów Jelcyna pozostały, a nawet powstały nowe, lecz ich wpływ na życie polityczne społeczeństwa został znacznie ograniczony. A największe znaczenie miała likwidacja niezależności głównych kanałów telewizyjnych. Chociaż formalnie są wciąż niezależne od władzy politycznej.

Niewątpliwie prezydent Putin jest przywódcą autorytarnym, co stało się szczególnie widoczne w ostatnich latach. Ale paradoksalnie swoją karierę polityczną rozpoczął jako przedstawiciel obozu demokratycznego. Po 16 latach pracy w charakterze pracownika KGB w NRD, gdy ostatecznie upadł ZSRR, Putin z konieczności przeniósł się do Leningradu (Dzisiaj St. Petersburg). Ale jego polityczne przekonania ukształtowały się właśnie w Niemczech, w Drezdnie, gdzie było można bez żadnych zakłóceń i przeszkód odbierać telewizję zachodnioniemiecką. Tam Putin naocznie doświadczył wyższości gospodarki wolnorynkowej na radzieckim systemem i przekonał się do konieczności przeprowadzenia głębokich systemowych reform w Rosji. W Leningradzie trafił do środowiska zwolenników reform i zaprzyjaźnił się z Anatolijem Sobczakiem, demokratycznym merem St. Petersburga, i co więcej stał się jego protegowanym. W 1996 r. przeniósł się do Moskwy i podjął pracę w administracji prezydenckiej Borysa Jelcyna. (Jednakże zachował pamięć o swoim patronie -chociaż córka Sobczaka, Ksenia, celebrytka i dziennikarka Dożdu jest jednym z jego najbardziej głośnych krytyków - i właśnie w tych dniach uczestniczył w uroczystościach poświęconych jego pamięci).