Zadano mi pytanie, na które sam poszukiwałem, choć niechętnie, odpowiedzi – czy Japonię uznać należy za państwo Wschodu, czy Zachodu? Zajmując się tym krajem nie da się nie dostrzec pewnego rozdwojenia jaźni panującego w sferze politycznej czy kulturowej. W dniu dzisiejszym globalizacja tak bardzo pomieszała część realiów życia w państwach i regionach wysoko rozwiniętych, że po latach migracji ludzi i myśli tradycyjny Zachód wydaje się być kłamstwem, a Wschód (zwłaszcza Daleki) – naszym zachodnim mirażem, o którym po prostu wolimy nie wiedzieć zbyt wiele i dlatego tworzymy stereotypy. Popularne współcześnie narracje umiejscawiają Japonię gdzieś poza wszelkimi cywilizacjami, kulturami i rozsądkiem, tworząc wizję społeczeństwa będącą raczej odbiciem świata filmów i kreskówek, gier komputerowych i internetowych memów, niż rzeczywiście funkcjonującego państwa i żyjących w nim ludzi. Jest to rozwinięcie wcześniejszego stereotypu, jaki powstał w latach siedemdziesiątych XX wieku, opartego na gwałtownie rozwijającej się gospodarce i micie japońskiego sukcesu, mówiącego o nieporównywalności nowo powstałego cudu do innych kultur. I o ile porównywanie kultur zawsze jest problematyczne (co potwierdzał m.in. Claude Levi-Strauss [1]), o tyle warto zastanowić się nad pewnym uporządkowaniem, które ma swoje konsekwencje zarówno w relacjach międzyludzkich, jak i politycznych.

Czym zatem jest Zachód? Ogólnie rozumiemy to pojęcie jako nazwę cywilizacji opartej na dorobku antycznej Grecji i Rzymu oraz chrześcijaństwa, jako potomka judaizmu, zawierającej w sobie pochodzące od nich elementy kultury materialnej, prawnej i określonych wzorców moralnych. Czym więc jest Wschód? Można spróbować odpowiedzieć, że wszystkim innym, co nie jest na południu (Afryka i Ameryka Południowa), ale będzie to tylko arogancki podział geograficzny, ignorujący stawianie obok siebie Chin, Japonii, Turcji, Afganistanu, Iranu i Rosji. Gdy spojrzymy na świat wartości i unikalnego historycznego dorobku odnajdziemy jednak linie podziału, dające nam m.in. arabski Bliski Wschód, perską i plemienną Azję Centralną, oraz, co najważniejsze w tym przypadku, chińską Azję Wschodnią.

Rozpatrując sprawę historycznie, nie możemy nie odnieść się do pierwszych tekstów myśli politycznej Japonii, jak choćby przekazanych przez misję dyplomatyczną do Pekinu słów księcia Shotoku w imieniu cesarzowej Suiko z 702 r. n.e. Zostały one wysłane cesarzowi Chin, gdy ten zapytał, czy ziemie pod panowaniem rodu Yamato nie powinny przypadkiem płacić mu trybutu. „Córka bogów”, i zarazem władczyni „kraju Wschodzącego Słońca” odpowiedziała zatem na interpelację „Syna niebios” i władcy „kraju Zachodzącego Słońca” zaprzeczenie przy jednoczesnym podkreśleniu, że Japonia to państwo suwerenne i jest równe Chinom. Jak się można domyślić, cesarz zżółkł jeszcze bardziej, tym razem ze złości, że jacyś wschodni barbarzyńcy ośmielają się podkradać koncepcję boskiego pochodzenia jako narzędzia legitymizacji władzy. W praktyce dostrzec musimy również stałość elementu geograficznego w japońskiej tożsamości narodowej – dalej na wschód już tylko woda [2].

Dla Japonii tylko jeden kraj nie był barbarzyński i były to właśnie Chiny, najbliższy sąsiad obok państw koreańskich. Mogą dziś wypierać się tego niektóre grupy nacjonalistyczne i przedstawiciele paranaukowych teorii, jednak to zachodni sąsiad nadał ton rozwojowi kraju Wschodzącego Słońca w kwestiach społecznych, politycznych i gospodarczych. Tylko odległość sprawiła, że pozwolono na zaistnienie suwerennego od Chin organizmu, nie widząc najwyraźniej potrzeby podporządkowania sobie jakichś mało urodzajnych, górzystych wysp, na których bieda była czynnikiem dominującym aż do lat '50 XX w. Kopiowano w Japonii z Chin wszystko, co tylko można było, od filozofii, poprzez architekturę, aż po prawo. Nara i Kioto były projektowane zgodnie z normami chińskimi, w tym samym okresie (VII-VIII wiek n.e.) importowano rozwiązania konfucjańskie regulujące życie wyższych sfer i organizację administracji państwowej. Znacznie później, bo w XVIII wieku, po dojściu do władzy rodu Tokugawa nowy szogunat oparł kreowaną przez siebie strukturę społeczną na podstawie neokonfucjańskich powinności ustawiając sztywno obywateli w ramach czterech klas (wojownik, chłop, rzemieślnik, artysta, z wykluczeniem bandytów i tzw. eta/nietykalnych – obecnie będących nadal dyskryminowaną mniejszością zwaną burakumin). Zamykając w tym okresie granice dla wpływów zewnętrznych spetryfikowano częściowo rozwój społeczny i utrwalono wzorce, które do dzisiaj świadczą o stereotypowym (i również autostereotypowym) wizerunku Japończyka, który zewnątrzsterownie nastawiony na realizację interesów określonej grupy o określonej hierarchii wewnętrznej, realizuje się poprzez nią w ramach kolektywnej społeczności, za podstawę relacji uznającej harmonię – pokojowego współistnienia pomiędzy różnymi grupami społecznymi[3]. Japonia była tylko peryferiami wobec wielkiego centrum, jakie stanowiły Chiny. Dopiero połowa XIX wieku, interwencja komodora Perry'ego wymuszająca otwarcie granic dla mocarstw zachodnich dała jej możliwość oderwania się od niego i pójścia własną drogą. Nie oznaczało to przeniesienia się całkowicie na Zachód, lecz wybiórcze podejście do obcych rozwiązań i wykorzystanie tych najprzydatniejszych według ówczesnych elit, dobranych do zwyczajów wtłaczonych obywatelom do głów przez ostanie 250 lat. Nigdy nie odrzucono idei harmonii, która do dziś łączy wszystkie społeczeństwa konfucjańskie. Od 1868 roku nasilona westernizacja przyniosła nowe rozwiązania prosto z Zachodu, ale zostały one nałożone na stare wzorce kulturowe i cywilizacyjne. Absolutyzm państwowy, koncepcja narodu krwi, centralizm, nowoczesna gospodarka, wojsko i (alternatywne wobec już wypracowanego) szkolnictwo – twory częściowo obce, ale jednak przyjęte, gdyż niosące ze sobą rozwój i szansę przetrwania we wciąż trwającej epoce kolonialnej.

Po drugiej wojnie światowej uderzyła w Japończyków demokracja i import popkultury rodem z USA. Wielkie mangowe oczy nie wzięły się znikąd – zostały one skopiowane przez Osamu Tezukę, który ponoć chadzając w latach czterdziestych do kina obejrzał Bambi jakieś 40 razy. Dziś w muzyce pop dominują girlsbandy i boysbandy, a cały przemysł elektroniczny i rozrywkowy możemy uznać za symbol potęgi globalizacji. Stopień wyżej, rozwiązania polityczne są w swoich formach oparte o wartości, jakimi mają być wolność i samorządność. Zostały one zaadaptowane dość skutecznie. Demokratyczne wybory odbywają się regularnie (średnio co 3 lata od 1946, mało która kadencja dotrwała do końca), a prawa obywatelskie są ogólnie przestrzegane. „Japoński cud” oparty na wypracowaniu marki niezawodności i nowoczesności w branży samochodowej i elektronicznej ugruntował pozycję państwa poszukującego nowych rozwiązań w warunkach kapitalizmu, przyjętego z ochotą po interwencji USA.

Przy bliższym poznaniu okazuje się jednak, że wszelkie cechy charakterystyczne, które składają się na współczesny autostereotyp, mówiący samym Japończykom o ich tożsamości i dopuszczalności różnych zachowań są głównie spuścizną konfucjanizmu i neokonfucjanizmu, który to z filozofii przekształcił się wręcz w utopię czynu, wdrażaną od XVII do XIX wieku. Późniejsza westernizacja zaoferowała jedynie przykrycie starych zwyczajów, norm społecznych instytucjami i rozwiązaniami utworzonymi na wzór europejski, a następnie amerykański. Demokracja funkcjonuje sprawnie – dopóki nie wdamy się w szczegóły. Otwarcie dopuszcza ona negację praw mniejszości, dyskryminację niektórych obywateli poprzez nierówności pomiędzy wartością ich głosów w wyborach, upchnięcie władzy w jednym ośrodku partyjnym (frakcyjna natura Partii Liberalno-Demokratycznej, która wchłonęła praktycznie cały nurt centroprawicowy i rządzi niepodzielnie od 1955 roku, z krótkimi przerwami) oraz ograniczenia wolności słowa, także poprzez pośrednią kontrolę mediów przez kluby prasowe [4].